Ja to Ja

Musze sobie to powtarzać, bo czasami sama siebie nie poznaję :)
Wiele osób zaczyna pisać bloga pod wpływem jakiegoś impulsu. Ale dla mnie ten impuls to nie było przekroczenie magicznej "trzydziestki", ani urodzenie dziecka, ani zalegalizowanie ponad dziesięcioletniego związku... Nie, nie, nic z tych standardowych i pospolitych rzeczy :).
Tym impulsem był ból brzucha mojego męża ...
Zaciekawieni?

Osoby występujące:
Ja
- występująca w roli Matki, Żony i Kochanki w jednym, Córki oraz Synowej
Mąż - w końcu na legalu
Dziecko - Mały człowieczek płci tak zwanej pięknej, potrafiące wprowadzić nas jednocześnie w stan euforii, jak i załamania nerwowego.
Kreska - kotowaty członek stada

Rzeczy ważne i ważniejsze

Tak się złożyło, że Mąż wyjeżdża na wyjazd integracyjny z firmy, w której pracuje.

Tak się również składa, że Młoda tego wieczoru nocuje u koleżanki.

Co oznacza, że po raz pierwszy od kilku lat mam zupełnie samotny, samiuteńki wieczór, nie licząc Kota i muchy, która od wczoraj lata po naszym mieszkaniu odmawiając jego dobrowolnego opuszczenia.

Sama, samiutka, samiuteńka. Ogrom szczęścia właśnie powoli zaczyna do mnie docierać :D

Pierwszą moją myślą było: posprzątam.

Na szczęście szybko oprzytomniałam ;) i uznałam, że butelka wina i drugi sezon Wikingów to zdecydowanie lepsze rozwiązanie. Bo trzeba mieć w życiu jakieś priorytety.

Delektuję się i napawam niedaleką przyszłością. Pewnie taki splot wydarzeń nieprędko mi się znowu trafi.

Czerwony diabeł

Życie jak zwykle stawia przed nami może nie kłody, bo nie chcę narzekać, ale powiedzmy że wyzwania, które musimy ogarnąć.

Tym razem wyzwaniem stała się żółta kontrolka sprawdzenia silnika, którą nasz Sid postanowił zapalić w sobie i świecić na nas znacząco. Co prawda lampka zgasła na drugi dzień, ale jednak postanowiłam pojechać do mechanika na sprawdzenie, cóż to, ach cóż to za dziwy i ile mnie to będzie kosztować.

Mechanik podpiął Sida do kompa, poklikał i stwierdził, że albo rozrząd, albo zwarcie na instalacji elektrycznej. No super, będzie mnie to kosztować albo 50 złotych albo dwa do trzech tysiaków. Tak, żebym znała rząd wielkości i mogła się przygotować. Oczywiście żarliwie prosiłam los, fortunę i inne bóstwa od szczęścia, żeby to jednak był przepalony bezpiecznik, ale niestety nie wyprosiłam… Temat kosztów pominę milczeniem, bo co się mam dołować. A nie o tym, nie o tym…

Pani w warsztacie zabrała mi kluczyki i powiedziała, że nie mogę jeździć samochodem, bo jak to rzeczywiście jest element rozrządu, to rozwalę silnik. Oni sprawdzą i dadzą mi znać. Sprawdzili, dali mi znać, jak już pisałam – nie wymodliłam taniej usterki, sprowadzili części, naprawili – wszystko trwało półtora tygodnia. Na ten czas potrzebowałam zastępczej fury, więc wykonałam łopot rzęs w stronę teściów, coby poratowali nas w potrzebie. Teściowie poratowali, więc dumna i blada dzwonię do Lubego, żeby się pochwalić, jak to wszystko sprawnie załatwiłam. Małżonek wysłuchał i mruczy nieusatysfakcjonowany – Rozumiem, że ja przez najbliższy czas nie będę prowadził samochodu? Dlaczego? – się trochę zdziwiłam. Bo przecież ja się do tego samochodu nie mieszczę!

Samochód, który pożyczyliśmy, znamy od lat, nieraz nam tyłek ratował, a Mąż w czasach studenckich szlifował na nim umiejętności jazdy. Czerwona (kolor jest najważniejszy), ponad dwudziestoletnia Felicia po przejściach prezentuje takie oto cechy:

  • właściwie ten samochód składa się już z co najmniej dwóch samochodów; nawet już nie mówię o różnych zadrapaniach i drobnych stłuczkach, które przeszła, ale gdy w jej tyłku wylądował na pełnej prędkości dostawczak, trzeba jej było przyspawać to i owo z innego samochodu.
  • w związku z dostawczakiem w tyłku – fotel kierowcy jest przyspawany na stałe do podłogi, nie ma więc opcji przesuwania. Dlatego Mąż obawiał się, że nie wsiądzie za kierownicę, co kiedyś mu się zdarzyło, ale od tego czasu dba o formę, więc teraz wcisnął się w fotel bez specjalnego popychania z mojej strony. Kolan również nie miał na wysokości uszu, może do komfortu jazdy było daleko, ale jeździć się dało. Natomiast ja siedzę na skraju fotela, żeby dosięgnąć do pedałów, fotel pokryty jest narzutą z drewnianych koralików, których nie cierpię, bo mi się w nie wkręcają włosy, a poza tym się na nich ślizgam. Jazda jako kierowca odbywa się dla mnie  w pozycji niezbyt-siedząco, pół-stojąco, bardziej-zwisającej.
  • brak jest wspomagania kierownicy, więc moje bicepsy i tricepsy ćwiczyły także pomiędzy treningami.
  • skrzynia biegów działa zdecydowanie na wyczucie. Rozpiska biegów narysowana na gałce to bardziej ogólne wskazówki, niż konkretne miejsca, gdzie biegi powinny wchodzić.
  • włączam jedynkę i ruszam, ruszam, ruszam, ruszam, nadal ruszam, ruszam, ooo jadę, a nie, jeszcze ruszam, ruszam, ruszam iiiii jadę, dwójka!
  • Felcia posiada prędkość Z – przy ok. 100 – 110 km/h wsZystko Zaczyna się Zajebiście trZąść, telepać i wyglądać jakby się Zamierzało ZaraZ roZwalić
  • na trójce wstępuje w nią diabeł, dostaje niewiarygodnego animuszu, jest prężna, zwinna, szybka, gładko sunie, sprawnie wchodzi w zakręty, generalnie na trójce możesz wszystko, gdyby nie konstrukcja silnika pojechałaby też do tyłu.
  • posiada centralny zamek, ale sterowany tylko kluczykiem, notorycznie zdarzało mi się zostawiać ją otwartą, bo z przyzwyczajenia, dopiero po kilku metrach próbowałam kliknąć w pilota. Niestety trzeba było się wracać i zamykać ręcznie.
  • jak zapominałam włączyć świateł na starcie, to siedziała cicho, ale jak ich nie wyłączałam po zgaszeniu silnika, to darła na mnie mordę.
  • klimy nie posiada, a nawiew zimnego powietrza był zwodniczo nawiewem powietrza zasysanym z okolic silnika. Zimne ono nie było, więc w sumie cieszyłam się, że upały się już skończyły. Do pracy woziłam koszulkę na zmianę.
  • akurat jak na złość, zawodowo i prywatnie musiałam w tym okresie wykonać kilka dłuższych tras i zastanawiałam się, czy Assistance na Sida obejmie holowanie także innego samochodu. Na szczęście nie musiałam się o tym przekonywać.

Wszystkie te cechy opisuję jako po prostu cechy, nie naśmiewam się, ani nie marudzę, bo Felicia miała jedną ogromną, przeogromną zaletę. JEŹDZIŁA, a nasz Sid nie. Dlatego z uśmiechem na ustach podejmowaliśmy się wszystkich wyzwań, które przed nami stawiał samochód zastępczy, bo pamiętaliśmy, że najważniejszy bajer posiadania samochodu, to możliwość wożenia własnego tyłka tam, gdzie się chce i potrzebuje.

Kreska daje oznaki miłości

Otworzyliśmy cichutko i powoli drzwi do pustego mieszkania teściów. Kreska spała na podusi umoszczonej w fotelu. Na nasze „Cześć Kiciu!” podniosła łepek, otworzyła jedno oko, potem drugie, te oczy zaczęły się robić coraz większe i większe i widać w nich było to pytanie: „Wróciliście po mnie? Nie zostawiliście mnie tutaj na zawsze?”

„Oczywiście, że nie Kiciaku” odpowiedzieliśmy z Lubym zgodnie. Kreska wstała jeszcze niepewnie, troszkę zaspana, w jej oczkach nadal błyszczały ogniki szczęścia i miłości, podniosła jedną łapkę, zrobiła kroczek, „Przywitam się” – myśli. Zrobiła drugi kroczek w naszą stronę, „Przytulę się do Pańci i Pańcia, pomruczę”. Zrobiła kolejny kroczek już prawie truchtem… „A nie, zapomniałam, że jestem kotem i powinnam pokazywać wszystkim, jak bardzo mam ich w dupie…” i skubana skręciła na kanapę, udając że my ją nie interesujemy i zaczęła myć sobie łapkę…

Oczywiście było już dla niej za późno, bo stęskniona Pańcia już brała kotka na ręce, już myziała po uszkach i brzuszku, już całowała w czółko i szeptała czułe słówka. Pańć też do kota wystartował, więc Kreska łaskawie przyjęła te pieszczoty, nawet troszkę mrucząc, „No niech mają te człowieki, niech mają, chociaż za te dwa tygodnie nieobecności, to prawie nie wybaczam….”

I wiecie, tyle lat z Kotełem żyję, a Mój Kot taki standardowo kotowy jest olewacki-wszystko-w-dupacki, a nawet przez chwilę mi się wydawało, że Kreska sama do mnie przybiegnie. Aj głupia, ja głupia…

Ale Ci, co znają koty, wiedzą po powyższym opisie, jak bardzo Kot mnie kocha :D

Nieszczęścia chodzą parami

Zalali nas sąsiedzi. Dokumentnie i w- prawie – całości. Prawie, bo potop nie dotarł do kuchni, a do salonu dotarł tylko częściowo. Zresztą, nie tylko nas. Ciśnienie było tak silne, że woda przelała się przez mieszkania na czterech piętrach.

Może gdybym miała stare mieszkanie, cieszyłabym się, że mam pretekst do zrobienia remontu. Niestety, od trzech miesięcy mieszkamy na nowych (starych, bo bliskich z dzieciństwa) śmieciach, remont generalny trwał prawie pół roku i obecnie żyjemy głównie na pudłach, bo mebli praktycznie nie mamy. Wizja nowego remontu, tym razem w zamieszkanym mieszkaniu, jakoś mnie przygnębiła, zupełnie nie wiedzieć czemu…

Woda lała się konkretnie – kaskadami, lało się ze styków sufitów ze ścianami, lało się z lamp, lało się nawet po oknach i elewacji. Nie nadążałam ze zgarnianiem wody, w której brodziłam po kostki, na szczęście sąsiad przybiegł z dużymi plastikowymi pudłami, do których ta woda się lała, bo ja dysponuję tylko dwoma małymi wiaderkami po farbie. Najbardziej ucierpiał pokój Młodej, chociaż przytomnie, zaraz na początku katastrofy zdołałam wyszarpać z niego materac i pościel i ukryć w bezpiecznym miejscu. O dziwo – regał z książkami i szafa z ciuchami stały w tych rogach pokoju, gdzie tylko trochę kapało, więc jakoś przeżyły. Nasz materac spisałam w myślach na straty, aczkolwiek po suszeniu się noc i dzień na balkonie, przestała z niego wypływać woda ;) Niemniej Luby noc spędził na podłodze, a ja na zbyt krótkiej kanapie. Wymiana materaca stała się obecnie naszym priorytetem, bo nie wiem, czy tam jakaś pleśń się w środku nie pojawi, ale wymiana materaca pociąga za sobą kupno łóżka (tak, tak, dojrzeliśmy do tej decyzji po 12 latach). Kupno łóżka wstrzymuje fakt, że tymczasowo w naszej sypialni stoją stare szafki kuchenne, w których trzymamy ubrania, bo nie mamy gdzie. Jak stoją szafki, łóżko się nie zmieści. Żeby wywalić szafki, muszę poczekać, aż mi przyjdą montować szafy zabudowane, co miało nastąpić w sierpniu. Ale muszę to przesunąć, bo najpierw muszę zrobić remont sufitów, ścian i podłóg po zalaniu…

Błędne koło.

Ponieważ, jak sugeruje tytuł, nieszczęścia lubią chodzić parami – na drugi dzień po zalaniu okazało się, że zatkał nam się odpływ pod wanną. Wsypanie kreta niestety nic nie dało, a hydraulik stwierdził, że przyjdzie dopiero wieczorem. Zostałam załamana ze stertą mokrych ręczników, szmat, kocy, pościeli i ciuchów, które miały to nieszczęście trafić na potop. Nie mogłam ich wyprać ani wysuszyć i jedyne co mogłam, to patrzeć na nie błagalnie, żeby poczekały jeszcze trochę i nie zaczęły pleśnieć…

Musze przyznać, że był taki moment, kiedy siedziałam w kąciku kuchni (na szczęście do kuchni – nowej, świeżo zabudowanej!!! zalanie nie dotarło) i ryczałam jak bóbr, obejmując nogi ramionkami i kołysząc się tam i z powrotem, bo nie miałam już sił. Mąż się zdziwił, bo nie wiedział, o co mi chodzi… Hmmm…. Pozostawię to bez komentarza, bo nie mam w zwyczaju na co dzień przeklinać.

Na szczęście zadzwoniła przyjaciółka z pytaniem, czy mamy czas na wieczorne piwo, skoro dzieci jeszcze z kolonii nie wróciły. Oczywiście czasu nie mieliśmy, więc poszliśmy, żeby utopić stres i zmartwienia.

Gdyby ktoś chciał jeszcze wtrącić nieśmiało, że do trzech razy sztuka, niech wie, że na drugi dzień padł nam przenośny grzejnik, którym usiłowałam osuszyć pokój Młodej, któremu się najbardziej dostało. Grzejnik miał na oko jakieś dziesięć lat, ułamane nóżki i pierdział, więc nie było mi go szkoda. Jak się ma – zgodnie z prawem pechowej serii – zwalić taka pierdoła, niech się psuje. Biorę na klatę!

Oby jednak kiepskie zdarzenia się zakończyły, bo chcemy wyjechać na rodzinne wakacje i byłoby miło, gdybym nie wyjeżdżała na nie w stanie totalnego zwichrowana psychicznego.

 P.S. Tekst powstał prawie miesiąc temu, ale zawieruszył się gdzieś w czeluściach komputera. Temat zalania przestał już mną wstrząsać, nawet ubezpieczyciel zrobił nam wycenę i przelał kasę z odszkodowania. Nie za dużo, ale liczę na to, że starczy. Za zalany materac nam niestety nie zapłacili, bo rzeczoznawca stwierdził, że materac jest stary, a ślady zacieków nie są z zalania, tylko ze starości. To, że był wilgotny, nie miało dla ubezpieczalni żadnego znaczenia – to pewnie także jego starość ;) Nie chciało mi się kłócić z ubezpieczalnią, bo akurat byliśmy na wakacjach i przez dwa tygodnie olewałam ciepłym moczem problemy dnia codziennego.

Niemniej z wakacji – jak zwykle za krótkich – już wróciliśmy i życie toczy się dalej. Niestety panele podłogowe, przez czas naszej nieobecności, nie miały na tyle przyzwoitości, żeby porządnie wyschnąć i się przestać wybrzuszać… Więc etap kolejnego remontu czas zacząć :)

Przykre konsekwencje braku samochodu

Nasz dzielny Sid został odstawiony do mechanika. Na calutki dzień. Potrzebował chłopak wymiany oleju, filtrów, czyszczenia klimy, naprawy ręcznego i kilku pierdółek, które raz w roku mu się należą. Niech ma :D

W związku z powyższym musiałam wracać z pracy autobusem. Biurowiec, w którym pracuję znajduje się na tak zwanym zadupiu, gdzie wróble zawracają, co ma swoje plusy – cisza, spokój i bażanty majestatycznie przechadzające się pod oknami. Ma też swoje minusy – do przystanku jest ho, ho, hoooo, daleko. W ogóle do wszystkiego daleko, więc czekał mnie godzinny powrót do domu z przesiadkami.

Uzbrojona w bilet i pozytywne nastawienie, urwałam się parę minut z pracy, bo oczywiście wszystkie autobusy jadą kilka minut przed szesnastą, albo dwadzieścia po. Idę, co prawda, nie do końca przygotowana, bo w łapkach parasol (zapowiadali burze) oraz kurtka (rano było zimno, teraz już upał, no i te burze…), generalnie niepotrzebne graty nieporęcznie mi dyndają dookoła, no i jeszcze torebka, która waży 7 kg i nie wiem, co w niej mam, ale z pewnością nie wodę, a akurat mnie suszy od tego marszu i tego upału, ale nic to – idę dziarsko, bo co to dla mnie, buty na szczęście miałam wygodne….

Nagle, jakiś instynkt wewnętrzny każe mi się odwrócić – za mną w oddali majaczy sylwetka autobusu, przede mną w oddali majaczy sylwetka przystanku, co robić, co robić? Trzeba biec! Tak, jak moja babcia, co przyzwyczajona do dawnych „lepszych”, jak to niektórzy mówią czasów i jak widzi kolejkę, to najpierw trzeba w niej stanąć,  zająć sobie miejsce, a dopiero potem ewentualnie sprawdzać, za czym kolejka ta stoi. Taka pomroczność jasna na nią spada. Na mnie też spadła, okryła mnie całą i szeptała do uszka – biegnij, biegnij…

No więc biegnę. Autobus ma przewagę silnika spalinowego, ja mam tylko swoje biedne dwie nóżki, co muszą unieść resztę ciałka, torebkę, parasol i różne inne – nieprzydatne w bieganiu – bimboły. Biedne moje nóżki, ale nic to, pędzę dalej, bo autobus już mnie minął, a ja nadal do przystanku mam kawał. Nawet mi przez głowę przemknęło, że po cholerę ja tak biegnę, przecież za minutę przyjedzie następny autobus, a za kolejną minutę drugi i czy ja muszę tak biec z włosem rozwianym? Nie mogę tak po prostu z godnością i na spokojnie PÓJŚĆ na przystanek?

Otóż nie! Jakiś cholernie uparty instynkt rączej łani się we mnie odezwał i sadziłam te susy jak idiotka i biegłam i biegłam, chociaż już wiedziałam, że na ten autobus nie zdążę, biegłam dalej. I chyba jakieś siły wyższe postanowiły mi jednak pokazać, żem głupia, stawiając na mojej drodze maluśki kamyczek, który mimo rozmiaru, zachwiał mną w posadach i wywróciłam się koncertowo… (właściwie powinnam użyć bardziej dosadnego słowa, bo słowo „wywrócić się” jakoś nie obrazuje stosownie sytuacji)

Już później, siedząc w autobusie (w kolejnym oczywiście, ten pierwszy odjechał w siną dal, gdy podnosiłam swoje zwłoki z ziemi, zaledwie 50 metrów od przystanku), więc siedząc w tym autobusie, brudna i potargana, z trawą we włosach, chichrałam się okrutnie z własnej głupoty oraz z faktu, że to pewnie musiało zabawnie wyglądać. Wykonałam bowiem lot koszący, jakiś metr nad ziemią, ciało pięknie wyprostowane, rączki do przodu, nóżki do tyłu, parasolka i kurtka w różne świata strony, przerażenie w oczach, dziwne, że butów nie zgubiłam… Po locie wykonałam ślizg na klasycznego szczupaka i przejechałam kolejny metr po trawniku i żwirze. Gdybym sama stała obok, to zamiast pomóc samej sobie wstać, pewnie bym krztusiła się ze śmiechu.

Postanowiłam już więcej nie kusić losu, więc po przebyciu połowy trasy autobusem, nie w głowie mi było przesiadanie się. Poszłam do domu na piechotkę. Zaledwie półgodzinny spacerek.

Przeżyłam, nic sobie nie złamałam, ubrania przetrwały, brud i plamy dało się sprać, a rozczochrana jestem zawsze, więc nie było różnicy ;)

Na pamiątkę zostały mi siniaki, zadrapania i szramy, i stłuczona kość biodrowa. Pokazywałam wieczorem Młodej rany, które odniosłam, żeby jej nie było przykro, że tylko ona taka poobijana, co Moje Dziecko skwitowało kręcąc głową z niedowierzaniem – Mamo, ale z ciebie niezdara! Ale bolące miejsca zostały ojojane i pożałowane, więc bolą mniej…

Nie wiedziałam, że ta komunikacja miejska taka niebezpieczna ;)

Prezent na dzień dziecka, który wyrwie Was z butów

Nie będzie to wpis o szpanowaniu, w stylu lansu komunijnego, bo ani nas nie stać, ani w butach nie mamy siana ;) Przynajmniej się staramy :D

W tym roku postanowiliśmy dać Młodej prezent dość praktyczny, z nutką artystyczną, co Dziecię Nasze lubi. Ponieważ w tym roku startujemy z samotnymi wyjazdami Młodej na kolonie i obozy, uznaliśmy że przyda jej się aparat fotograficzny. Taki malutki, co go do plecaczka włoży i łatwo w łapce się mieści. Bo w spadku po nas dostała Canona, przy czym bydlę robi zdjęcia ładne, aczkolwiek w rękach ośmiolatki jest dosyć wielkie i ciężkie. Jak robimy wycieczki wspólne, to nie ma sprawy, ale jak już jedzie gdzieś sama, to przydałoby się coś małego. Wielkość to jeden z priorytetów, drugi to stabilizacja obrazu, bo jednak jej ręka drży i szkoda by było, żeby na wszystkich zdjęciach były smugi, zamiast koleżanek i widoczków :)

Połączenie tych dwóch czynników niby jest proste, pod warunkiem, że się ma co najmniej cztery stówki, a najlepiej tysiaka. Za tysiaka już się można rozglądać… Nie muszę chyba pisać, że tysiaka nie mieliśmy, ani nawet czterech stówek. Nędza… Ale Matka-Sznupaczka wysznupała w czeluściach internetu Pana, co sprzedawał używkę, działającą, lekko porysowaną, ale w stanie bardzo dobrym, no i za pół ceny.

Alleluja! mogłabym zawołać, gdyż plany udało się przekuć w realny przedmiot, bo pod koniec maja, to niestety nad naszym zrujnowanym budżetem domowym roniłam rzewne łzy. Młoda cykała więc wczoraj fotki, gdzie popadło i komu popadło, a że dla nas obowiązkowym punktem większości prezentów są też książki, to Dziecko analizowało także zagadnienia gospodarcze i demograficzne Brazylii ;), bo w prezencie była również mała encyklopedia.

Ale to nie był ten prezent, który wyrywa z butów. Ten był chyba normalny ;)

-Mamo, mamo! – zakrzyknęło dziś rano Moje Dziecko w drodze do szkoły – A ja dostałam skrobankę!

Przełykając w panice ślinę, usiłowałam sobie przypomnieć, czy szkoła Młodej nie uczestniczy przypadkiem w jakiejś wspólnej akcji prewencyjnej z lokalną przychodnią, ale uznałam, że to by chyba było lekkie przegięcie. Zwłaszcza w klasach I-III. Rozumiem i popieram, że mleko rozdają, że warzywa, że owoce, że badają i czyszczą zęby… Ale kurna, żeby od razu skrobanka? To jak to zorganizują? Na kupon? To chyba już lepiej rozdawać te tabletki dzień po. No i może poczekać jednak z tym przynajmniej do szkoły średniej?

Te wszystkie myśli przeleciały mi przez czerep w ułamku sekundy, po czym dotarło do mnie, że coś tu jednak nie pasuje. Młoda coś tam bąknęła, że na dzień dziecka w szkole, próbowałam sobie więc na szybko przypomnieć treści maili wymienianych między rodzicami, z ustaleniami, co te nasze dzieciaki mają dostać? Jakoś ostatnio znowu parę rzeczy mi umknęło. Ale zagadka szybko się rozwiązała, gdy Mati zaczęła tłumaczyć, czym owa skrobanka jest.

Jest więc na kartoniku jakiś obrazek, pokryty klejem, na który sypie się w odpowiednich miejscach kolorowy piasek i wychodzi kolorowanka, bez kolorowania, taka sypana. A ten klej jest zabezpieczony specjalną folią, którą podważa się patyczkiem i zeskrobuje…. Skrobanka…

Myślę, że przy tym, wszystkie kolejne prezenty wypadną blado ;)

Zmęczenie – poziom: remont i przeprowadzka

Tak, tak – jak sugeruje tytuł – w naszym życiu następują zmiany. Zmiany na lepsze. Niestety okupowane naszym dużym wysiłkiem i zmęczeniem organizmu, bo przenoszenie 30kilogramowych kartonów – przenoszeniem ale kolacja dla dziecka sama się nie zrobi ;) Dobrze, że mamy przyjaciół, którzy bohatersko izolują nas od dziecka w weekendy, dzięki czemu możemy się trzaskać z pakowaniem po nocach…

Poziom zmęczenia i niewyspania utrzymuje nas w permanentnym stanie zombiakalnym ;) w którym jak się okazuje – da się funkcjonować nawet kilka miesięcy. Co prawda na odcinku ostatnich 50 dni jestem chora po raz trzeci, więc chyba organizm zaczyna mi sugerować rezerwę, ale to jeszcze tylko kilka dni przed godziną zero! Damy radę.

Objawy zmęczenia z dnia dzisiejszego – w pracy postanowiłam zrobić sobie coś do picia i do kubka wsypałam cukier, kawę rozpuszczalną oraz wsadziłam torebkę herbaty earl grey. Zorientowałam się, że coś nie gra dopiero po zalaniu wrzątkiem, po czym stwierdziłam, że nie mam czasu robić sobie czegoś innego. Odruchu zwrotnego napój nie powodował, był mokry, więc gasił pragnienie, a że dziwnie smakował? To w końcu nie było aż takie ważne ;)

Obiecuję sobie, że od przyszłej niedzieli odpocznę, co oczywiście nie nastąpi, bo zaczniemy znowu żyć na pudłach, co prawda na trochę większym metrażu, ale jednak na pudłach – kuchnię nam zamontują za dwa miesiące, nie mamy szaf, nie mamy mebli – będzie bosko! i nic się nie będzie dało znaleźć.

Ale nic to – po kawoherbacie spływa na mnie stoicki spokój ;)

Kolor włosów zobowiązuje

Od pewnego czasu idę na głowie w coraz jaśniejszy blond i czasami mam wrażenie, że farba przeżera mi się z cebulek w głąb mojej głowy :)

Poza tym z natury jestem osobą prawdomówną i szczerą, co w dzisiejszych – cynicznych czasach może być odbierane za przejaw głupoty ;) No cóż, taki mam charakter. Ciężko byłoby mi go teraz zmieniać …

Scena – moje biuro. Dzwoni telefon. Odbieram. Bardzo sympatyczny pan pyta się o mojego szefa. Szefa nie ma i standardowo – nie wiadomo, kiedy będzie, bo to szef ;) Pan jest bardzo miły, co ostatnio w rozmowach telefonicznych rzadko się zdarza, rozmowa właściwie o pierdołach, ale bardzo przyjemna, kula się nam się już kilka minut i nagle pan wypala: – Ależ pani mężczyzna ma szczęście! Pani ma taki cholernie seksowny głos. Ma farta, że może go słuchać codziennie!

I pewnie normalnie większość bab, zachichotałaby wdzięczne i podjęłaby niewinny, telefoniczny flirt. Ale nie mieszczę się w standardzie, więc szczerze do bólu walę wprost: – Nie chciałabym spłycać, ale ja po prostu mam katar…

Kurtyna.

Pan udławił się ze śmiechu i zakończył rozmowę… Ehhh, no inteligencją nie błysnęłam ;)

Ferie, których miało nie być

Pewnego dnia, jeszcze jakoś w listopadzie, koleżanka zadała mi pytanie: To co z tym naszym wyjazdem na ferie, zamawiałaś już coś, jaki termin, kiedy płacimy zaliczkę?

Popatrzyłam na nią bezmyślnym wzrokiem, co nie odbiega zbytnio od mojej standardowej miny ;) bo lekko się zdziwiłam. Jakie ferie? Przecież nic nie planowaliśmy, bo remont, bo jakieś horrendalne wydatki, których nie umiem ogarnąć, bo liczyliśmy, że urlop okołoferiowy spędzimy na malowaniu ścian i sufitów oraz innych temu podobnych atrakcyjnych zajęciach.

A tymczasem, okazało się, że nasze córki w szkole umówiły się, że jadą razem na ferie. Do pensjonatu za Karpaczem, w którym spędziliśmy dwa tygodnie wakacji. Tylko że Hania, grzeczne dziecko, przekazała informację rodzicom, rodzice się ucieszyli, bo się lubimy i byli na tak, a nasza mała zołza jakoś zapomniała nam o tym powiedzieć. Się nie złożyło…

Przemyśleliśmy jednak sprawę i skoro los, a raczej Nasze dziecko, zdecydował za nas, to w sumie, czemu nie pojechać? Do naszych dwóch rodzin dołączyła się jeszcze jedna, zrobiła nam się ekipa spora, ale zgrana i sprawdzona. Pani w pensjonacie, gdy usłyszała, że przyjedziemy w jedenaście osób, dała nam naprawdę atrakcyjne ceny, więc porozpisywaliśmy sobie urlopy i oczekiwaliśmy na ferie, aczkolwiek gdzieś tam w tle, bo nam cały czas nad głową wisiał remont, święta i kilka innych pierdółek życiowych. Z pensjonatem mieliśmy wszystko ugadane, więc im też nie zawracałam głowy dzwonieniem co tydzień.

Myśleniem o feriach zajęłam się dopiero po Nowym Roku i niestety 4 stycznia zrobiło mi się ciemno przed oczami, gdy przeczytałam maila od właścicielki pensjonatu, że pensjonat został właśnie zamknięty. Już nawet nie dochodziłam, dlaczego, co się stało, czy wydarzenia życiowe, czy finansowo im się nie kulało, bo w głowie łomotało mi jedno pytanie – gdzie ja znajdę na dwa tygodnie przed wyjazdem miejsca w pensjonacie na jedenaście osób? Jeszcze jakby chodziło o naszą trójkę, to może, ale trzy rodziny? Sprawa byłaby prosta, gdybyśmy wszyscy spali na forsie, ale niestety nie żyjemy w bajce, tylko w realu i na hotel z trzy tysiaki za tydzień, nikogo z nas nie stać.

Jedna wielka masakra! Jeszcze dorośli – pół biedy, chociaż było nam szkoda, bo już się wszyscy nastawili na wyjazd. Ale dzieciaki? Mielibyśmy zaryczaną i pogrążoną w otchłani rozpaczy piątkę dzieciaków, które już planowały wspólne zabawy, wspólne spanie i wspólne smażenie jajecznicy…

I cud się zdarzył. Zadzwoniłam do koleżanki, która ma pensjonacik z kilkoma pokojami do wynajęcia, też w górach, chociaż nie tych ;) Potem zdarzył się cud numer dwa – akurat dla nas było miejsce. Co prawda pobyt nie obejmuje wyżywienia, ale akurat żadna z nas – trzech Matek Polek od gotowania nie ucieka, więc to nie stanowiło problemu. Zmiana kierunku i tak spowodowała w naszych dzieciakach rozstrój nerwowy, ale w końcu dotarło do nich, że jedziemy wszyscy razem, więc plany nie ulegają drastycznej zmianie. Wyjazd obrócony o 180 stopni, na dwa tygodnie przed terminem…

I pojechaliśmy na ferie, na które mieliśmy nie jechać, ale nasze dzieci nas umówiły, że jedziemy, na które potem mieliśmy nie jechać, bo wybrany pensjonat zniknął z mapy turystycznej… A jednak się udało :)

Ferie były trochę leniwe, bo mało zwiedzaliśmy i mało jeździliśmy po okolicy. Ale najważniejszy dla naszych dzieciaków i tak był śnieg. Całkiem sporo śniegu. W naszej okolicy ostatnie zimy były raczej szarobure niż białe. Ostatnia konkretna zima przytrafiła się nam siedem lat temu, co wspominam ze zgrzytaniem zębów, bo właśnie urodziłam Młodą i łaziłam z nią na te cholerne, zalecane przez lekarzy spacerki. Codziennie. Szlag mnie trafiał, bo trzeba się było przedzierać przez zaspy. Z wózkiem. Każde wyjście z domu z Młodą nosiło w sobie znamiona surwiwalu, a po powrocie do domu, mogłam wykręcać ubrania, które miałam na sobie.

Od tego czasu śnieg u nas gościł w ilościach oszczędnych. Sanki kupione pięć lat temu leżały sobie cichutko w szafie, ne ważąc się choćby pisnąć i użyte były naprawdę zaledwie kilka razy. Nawet jeśli w tygodniu coś naprószyło, to w weekend, kiedy mielibyśmy czas na te sanki pójść była już chlapa i błocko.

Dzieciaki były więc zadowolone z ilości śniegu za oknem i twardo zjeżdżały na wszystkim na czym się dało. Nawet na małych plastikowych nartkach, podobnych do tych, które mieliśmy w dzieciństwie, przyczepianych plastikowymi paskami do butów. A byłam pewna, że dziewczyny już z nich wyrosły… Oczywiście dorośli też nie odmawiali sobie tej rozrywki, czego dowód mam na zdjęciach i filmach, znowu w ilości pierdyliarda. Udało nam się zrobić wieczorne ognisko z pieczeniem kiełbasek, chlebka i ziemniaków zasypanych w popiele. Te na wpół spalone ziemniaki, zapijane kefirem ratowały mój żołądek na drugi dzień, bo tak się jakoś nieszczęśliwie potknęłam tego wieczora, że wpadłam do kilku kubków wina za dużo ;) A na co dzień – niepijąca. No cóż, wypadki się zdarzają – oby zostało mi zapomniane ;)

A gdyby ktoś był w okolicach Sopotni Wielkiej (wiecie, to jest obok Sopotni Małej), to można zajrzeć na stację kosmiczną. Zostałam tam kapitanem statku kosmicznego i w pomarańczowym wdzianku astronauty lądowałam na Marsie :D

Jedyny minus był taki, że dwójka dzieci się niestety rozchorowała, a po powrocie do domu rozłożyło także część dorosłych plus Moje Dziecko. Ale to podobno ogólna tendencja w naszym regionie, sądząc po obłożeniu przychodni. Po tygodniowych feriach mieliśmy więc w domu przymusowy szpital, a ja zamiast spać i odpoczywać, próbowałam wszelkimi siłami zbić u Młodej czterdziestostopniową gorączkę. Polecam rozrywkę :D

Ale idzie ku lepszemu.

Po feriach, w szkole, Moje Dziecko wzruszyło mnie swoim wypracowaniem, które krótkie, acz treściwe, zawierało w sobie zdanie: „jeździłam na sankach, nartach i jabłuszku”. Łzy wzruszenia dotyczyły jabłuszek, które my – wszyscy rodzice na wyjeździe beztrosko i bezmyślnie nazywaliśmy w obecności naszych dzieci „dupolotami”. Przecież wiadomo, że każde stwierdzenie z „dupą” w środku, jest dla dzieci źródłem niezrozumiałej fascynacji i będą je powtarzać z uporem maniaka, przez najbliższe trzy miesiące, nawet przez sen ;) Ale jednak Młoda pokazała klasę i znajomość synonimów, czym mnie wzruszyła niezmiernie.

Takie trochę rozczarowanie

Kilka miesięcy temu wprowadziliśmy do naszego domu nową, świecką tradycję – w weekend oglądamy wspólnie baję. Zdarzyło się nam, że połączenie tradycji i innych obowiązków spowodowało, że sobotni obiad jedliśmy koło 19:00. Ale nic to, mus – to mus :D

Między innymi trafiliśmy na bajki Pana Hayao Miyazaki. I muszę przyznać, że nas wciągnęły. Jak ktoś ma ochotę na trochę inne spojrzenie na świat, to polecam. Bo, że to bajki, to nie znaczy, że nie dla dorosłych. Jasne – trzeba pamiętać, że to jednak Wschód, a my to już jednak Zachód. Komuś może się coś dłużyć, ktoś może kręcić nosem, ktoś może czegoś nie zrozumieć (w tym ja – niektóre sceny w tych bajkach to nie wiem skąd się wzięły i dlaczego, ale widocznie taka koncepcja twórców ;) ). Z drugiej strony – Japończycy też kochają, też nienawidzą, też się złoszczą, też odczuwają emocje, może je inaczej wizualizują niż my, też mają małe dzieci, które – z punktu widzenia rodziców robią śmieszne rzeczy. Więc nie jest nam tak znowu daleko do japońskich bajek, zwłaszcza że niektóre ewidentnie czerpią z kultury zachodniej, bo w „Mój sąsiad Totoro” występował Kot-Autobus, który zdecydowanie jest bliskim kuzynem Kota z Cheshire. Matyldzie się te bajki jak dotąd podobają, więc dobrze, że ma styczność z takim nieprzesłodzonym obrazem pięknych księżniczek z dużymi oczami i pełnym makijażem ;) Nie neguję wcale – po prostu dobrze czasem oderwać wzrok od różowego…

Jedna z bajek, którą widzieliśmy ostatnio to był „Ruchomy zamek Hauru”. Bajka nakręcona na podstawie książki Diany Wynne Jones. Ponieważ strasznie mi się spodobała, a czułam pewien niedosyt, bo miałam wrażenie, że pewne ważne dla akcji aspekty zostały w bajce pominięte, zanurzyłam się w książce. I chyba to jest jeden z nielicznych, ale jednak przykładów, że film jest lepszy niż książka. Sam pomysł powieści był dla mnie fascynujący – ruchomy zamek, który wędruje sobie po Bezdrożach, ale można z niego wyjść do jednej z czterech krain, w zależności od ustawienia specjalnej dźwigni. Trochę magii, trochę s-f, trochę steampunka, generalnie wszystko, co lubię, ale jednak czegoś mi w całości zabrakło. Chyba za bardzo ta opowieść była poszarpana, wiele rzeczy było w domyśle, trochę pominięto, a nie zawsze można liczyć na to, że czytelnik zrozumie, co autor miał na myśli ;)

Może dam Pani Jones szansę w przyszłym roku i wskoczę w Światy Chrestomanciego? Może… Na razie czuję pewne rozczarowanie. Zwłaszcza, że zaraz po niedosycie spowodowanym „Ruchomym Zamkiem”, wpadłam w „Fotografię” Piotra Schmandta, która z każdą kolejną kartką przywodzi mi na myśl Teatr Telewizji, ale akcja toczy się ospale, co być może miało być zamierzone, ale we mnie aż buzuje, bo chcę wiedzieć, to zabił, a śledztwo stoi w martwym punkcie i nic, a nic się nie wyjaśnia… Po prostu okropne ;) I w zasadzie, to nie wiem, czy książka mi się podoba, czy nie, ale czytam dalej.

Teraz czeka na mnie „Atlas chmur”. Z góry mówię, że ekranizacji nie widziałam, ale podobno i książka i film chwalone. To może nie będzie rozczarowania?