Ja to Ja

Musze sobie to powtarzać, bo czasami sama siebie nie poznaję :)
Wiele osób zaczyna pisać bloga pod wpływem jakiegoś impulsu. Ale dla mnie ten impuls to nie było przekroczenie magicznej "trzydziestki", ani urodzenie dziecka, ani zalegalizowanie ponad dziesięcioletniego związku... Nie, nie, nic z tych standardowych i pospolitych rzeczy :).
Tym impulsem był ból brzucha mojego męża ...
Zaciekawieni?

Osoby występujące:
Ja
- występująca w roli Matki, Żony i Kochanki w jednym, Córki oraz Synowej
Mąż - w końcu na legalu
Dziecko - Mały człowieczek płci tak zwanej pięknej, potrafiące wprowadzić nas jednocześnie w stan euforii, jak i załamania nerwowego.
Kreska - kotowaty członek stada

Przykre konsekwencje braku samochodu

Nasz dzielny Sid został odstawiony do mechanika. Na calutki dzień. Potrzebował chłopak wymiany oleju, filtrów, czyszczenia klimy, naprawy ręcznego i kilku pierdółek, które raz w roku mu się należą. Niech ma :D

W związku z powyższym musiałam wracać z pracy autobusem. Biurowiec, w którym pracuję znajduje się na tak zwanym zadupiu, gdzie wróble zawracają, co ma swoje plusy – cisza, spokój i bażanty majestatycznie przechadzające się pod oknami. Ma też swoje minusy – do przystanku jest ho, ho, hoooo, daleko. W ogóle do wszystkiego daleko, więc czekał mnie godzinny powrót do domu z przesiadkami.

Uzbrojona w bilet i pozytywne nastawienie, urwałam się parę minut z pracy, bo oczywiście wszystkie autobusy jadą kilka minut przed szesnastą, albo dwadzieścia po. Idę, co prawda, nie do końca przygotowana, bo w łapkach parasol (zapowiadali burze) oraz kurtka (rano było zimno, teraz już upał, no i te burze…), generalnie niepotrzebne graty nieporęcznie mi dyndają dookoła, no i jeszcze torebka, która waży 7 kg i nie wiem, co w niej mam, ale z pewnością nie wodę, a akurat mnie suszy od tego marszu i tego upału, ale nic to – idę dziarsko, bo co to dla mnie, buty na szczęście miałam wygodne….

Nagle, jakiś instynkt wewnętrzny każe mi się odwrócić – za mną w oddali majaczy sylwetka autobusu, przede mną w oddali majaczy sylwetka przystanku, co robić, co robić? Trzeba biec! Tak, jak moja babcia, co przyzwyczajona do dawnych „lepszych”, jak to niektórzy mówią czasów i jak widzi kolejkę, to najpierw trzeba w niej stanąć,  zająć sobie miejsce, a dopiero potem ewentualnie sprawdzać, za czym kolejka ta stoi. Taka pomroczność jasna na nią spada. Na mnie też spadła, okryła mnie całą i szeptała do uszka – biegnij, biegnij…

No więc biegnę. Autobus ma przewagę silnika spalinowego, ja mam tylko swoje biedne dwie nóżki, co muszą unieść resztę ciałka, torebkę, parasol i różne inne – nieprzydatne w bieganiu – bimboły. Biedne moje nóżki, ale nic to, pędzę dalej, bo autobus już mnie minął, a ja nadal do przystanku mam kawał. Nawet mi przez głowę przemknęło, że po cholerę ja tak biegnę, przecież za minutę przyjedzie następny autobus, a za kolejną minutę drugi i czy ja muszę tak biec z włosem rozwianym? Nie mogę tak po prostu z godnością i na spokojnie PÓJŚĆ na przystanek?

Otóż nie! Jakiś cholernie uparty instynkt rączej łani się we mnie odezwał i sadziłam te susy jak idiotka i biegłam i biegłam, chociaż już wiedziałam, że na ten autobus nie zdążę, biegłam dalej. I chyba jakieś siły wyższe postanowiły mi jednak pokazać, żem głupia, stawiając na mojej drodze maluśki kamyczek, który mimo rozmiaru, zachwiał mną w posadach i wywróciłam się koncertowo… (właściwie powinnam użyć bardziej dosadnego słowa, bo słowo „wywrócić się” jakoś nie obrazuje stosownie sytuacji)

Już później, siedząc w autobusie (w kolejnym oczywiście, ten pierwszy odjechał w siną dal, gdy podnosiłam swoje zwłoki z ziemi, zaledwie 50 metrów od przystanku), więc siedząc w tym autobusie, brudna i potargana, z trawą we włosach, chichrałam się okrutnie z własnej głupoty oraz z faktu, że to pewnie musiało zabawnie wyglądać. Wykonałam bowiem lot koszący, jakiś metr nad ziemią, ciało pięknie wyprostowane, rączki do przodu, nóżki do tyłu, parasolka i kurtka w różne świata strony, przerażenie w oczach, dziwne, że butów nie zgubiłam… Po locie wykonałam ślizg na klasycznego szczupaka i przejechałam kolejny metr po trawniku i żwirze. Gdybym sama stała obok, to zamiast pomóc samej sobie wstać, pewnie bym krztusiła się ze śmiechu.

Postanowiłam już więcej nie kusić losu, więc po przebyciu połowy trasy autobusem, nie w głowie mi było przesiadanie się. Poszłam do domu na piechotkę. Zaledwie półgodzinny spacerek.

Przeżyłam, nic sobie nie złamałam, ubrania przetrwały, brud i plamy dało się sprać, a rozczochrana jestem zawsze, więc nie było różnicy ;)

Na pamiątkę zostały mi siniaki, zadrapania i szramy, i stłuczona kość biodrowa. Pokazywałam wieczorem Młodej rany, które odniosłam, żeby jej nie było przykro, że tylko ona taka poobijana, co Moje Dziecko skwitowało kręcąc głową z niedowierzaniem – Mamo, ale z ciebie niezdara! Ale bolące miejsca zostały ojojane i pożałowane, więc bolą mniej…

Nie wiedziałam, że ta komunikacja miejska taka niebezpieczna ;)

Prezent na dzień dziecka, który wyrwie Was z butów

Nie będzie to wpis o szpanowaniu, w stylu lansu komunijnego, bo ani nas nie stać, ani w butach nie mamy siana ;) Przynajmniej się staramy :D

W tym roku postanowiliśmy dać Młodej prezent dość praktyczny, z nutką artystyczną, co Dziecię Nasze lubi. Ponieważ w tym roku startujemy z samotnymi wyjazdami Młodej na kolonie i obozy, uznaliśmy że przyda jej się aparat fotograficzny. Taki malutki, co go do plecaczka włoży i łatwo w łapce się mieści. Bo w spadku po nas dostała Canona, przy czym bydlę robi zdjęcia ładne, aczkolwiek w rękach ośmiolatki jest dosyć wielkie i ciężkie. Jak robimy wycieczki wspólne, to nie ma sprawy, ale jak już jedzie gdzieś sama, to przydałoby się coś małego. Wielkość to jeden z priorytetów, drugi to stabilizacja obrazu, bo jednak jej ręka drży i szkoda by było, żeby na wszystkich zdjęciach były smugi, zamiast koleżanek i widoczków :)

Połączenie tych dwóch czynników niby jest proste, pod warunkiem, że się ma co najmniej cztery stówki, a najlepiej tysiaka. Za tysiaka już się można rozglądać… Nie muszę chyba pisać, że tysiaka nie mieliśmy, ani nawet czterech stówek. Nędza… Ale Matka-Sznupaczka wysznupała w czeluściach internetu Pana, co sprzedawał używkę, działającą, lekko porysowaną, ale w stanie bardzo dobrym, no i za pół ceny.

Alleluja! mogłabym zawołać, gdyż plany udało się przekuć w realny przedmiot, bo pod koniec maja, to niestety nad naszym zrujnowanym budżetem domowym roniłam rzewne łzy. Młoda cykała więc wczoraj fotki, gdzie popadło i komu popadło, a że dla nas obowiązkowym punktem większości prezentów są też książki, to Dziecko analizowało także zagadnienia gospodarcze i demograficzne Brazylii ;), bo w prezencie była również mała encyklopedia.

Ale to nie był ten prezent, który wyrywa z butów. Ten był chyba normalny ;)

-Mamo, mamo! – zakrzyknęło dziś rano Moje Dziecko w drodze do szkoły – A ja dostałam skrobankę!

Przełykając w panice ślinę, usiłowałam sobie przypomnieć, czy szkoła Młodej nie uczestniczy przypadkiem w jakiejś wspólnej akcji prewencyjnej z lokalną przychodnią, ale uznałam, że to by chyba było lekkie przegięcie. Zwłaszcza w klasach I-III. Rozumiem i popieram, że mleko rozdają, że warzywa, że owoce, że badają i czyszczą zęby… Ale kurna, żeby od razu skrobanka? To jak to zorganizują? Na kupon? To chyba już lepiej rozdawać te tabletki dzień po. No i może poczekać jednak z tym przynajmniej do szkoły średniej?

Te wszystkie myśli przeleciały mi przez czerep w ułamku sekundy, po czym dotarło do mnie, że coś tu jednak nie pasuje. Młoda coś tam bąknęła, że na dzień dziecka w szkole, próbowałam sobie więc na szybko przypomnieć treści maili wymienianych między rodzicami, z ustaleniami, co te nasze dzieciaki mają dostać? Jakoś ostatnio znowu parę rzeczy mi umknęło. Ale zagadka szybko się rozwiązała, gdy Mati zaczęła tłumaczyć, czym owa skrobanka jest.

Jest więc na kartoniku jakiś obrazek, pokryty klejem, na który sypie się w odpowiednich miejscach kolorowy piasek i wychodzi kolorowanka, bez kolorowania, taka sypana. A ten klej jest zabezpieczony specjalną folią, którą podważa się patyczkiem i zeskrobuje…. Skrobanka…

Myślę, że przy tym, wszystkie kolejne prezenty wypadną blado ;)

Zmęczenie – poziom: remont i przeprowadzka

Tak, tak – jak sugeruje tytuł – w naszym życiu następują zmiany. Zmiany na lepsze. Niestety okupowane naszym dużym wysiłkiem i zmęczeniem organizmu, bo przenoszenie 30kilogramowych kartonów – przenoszeniem ale kolacja dla dziecka sama się nie zrobi ;) Dobrze, że mamy przyjaciół, którzy bohatersko izolują nas od dziecka w weekendy, dzięki czemu możemy się trzaskać z pakowaniem po nocach…

Poziom zmęczenia i niewyspania utrzymuje nas w permanentnym stanie zombiakalnym ;) w którym jak się okazuje – da się funkcjonować nawet kilka miesięcy. Co prawda na odcinku ostatnich 50 dni jestem chora po raz trzeci, więc chyba organizm zaczyna mi sugerować rezerwę, ale to jeszcze tylko kilka dni przed godziną zero! Damy radę.

Objawy zmęczenia z dnia dzisiejszego – w pracy postanowiłam zrobić sobie coś do picia i do kubka wsypałam cukier, kawę rozpuszczalną oraz wsadziłam torebkę herbaty earl grey. Zorientowałam się, że coś nie gra dopiero po zalaniu wrzątkiem, po czym stwierdziłam, że nie mam czasu robić sobie czegoś innego. Odruchu zwrotnego napój nie powodował, był mokry, więc gasił pragnienie, a że dziwnie smakował? To w końcu nie było aż takie ważne ;)

Obiecuję sobie, że od przyszłej niedzieli odpocznę, co oczywiście nie nastąpi, bo zaczniemy znowu żyć na pudłach, co prawda na trochę większym metrażu, ale jednak na pudłach – kuchnię nam zamontują za dwa miesiące, nie mamy szaf, nie mamy mebli – będzie bosko! i nic się nie będzie dało znaleźć.

Ale nic to – po kawoherbacie spływa na mnie stoicki spokój ;)

Kolor włosów zobowiązuje

Od pewnego czasu idę na głowie w coraz jaśniejszy blond i czasami mam wrażenie, że farba przeżera mi się z cebulek w głąb mojej głowy :)

Poza tym z natury jestem osobą prawdomówną i szczerą, co w dzisiejszych – cynicznych czasach może być odbierane za przejaw głupoty ;) No cóż, taki mam charakter. Ciężko byłoby mi go teraz zmieniać …

Scena – moje biuro. Dzwoni telefon. Odbieram. Bardzo sympatyczny pan pyta się o mojego szefa. Szefa nie ma i standardowo – nie wiadomo, kiedy będzie, bo to szef ;) Pan jest bardzo miły, co ostatnio w rozmowach telefonicznych rzadko się zdarza, rozmowa właściwie o pierdołach, ale bardzo przyjemna, kula się nam się już kilka minut i nagle pan wypala: – Ależ pani mężczyzna ma szczęście! Pani ma taki cholernie seksowny głos. Ma farta, że może go słuchać codziennie!

I pewnie normalnie większość bab, zachichotałaby wdzięczne i podjęłaby niewinny, telefoniczny flirt. Ale nie mieszczę się w standardzie, więc szczerze do bólu walę wprost: – Nie chciałabym spłycać, ale ja po prostu mam katar…

Kurtyna.

Pan udławił się ze śmiechu i zakończył rozmowę… Ehhh, no inteligencją nie błysnęłam ;)

Ferie, których miało nie być

Pewnego dnia, jeszcze jakoś w listopadzie, koleżanka zadała mi pytanie: To co z tym naszym wyjazdem na ferie, zamawiałaś już coś, jaki termin, kiedy płacimy zaliczkę?

Popatrzyłam na nią bezmyślnym wzrokiem, co nie odbiega zbytnio od mojej standardowej miny ;) bo lekko się zdziwiłam. Jakie ferie? Przecież nic nie planowaliśmy, bo remont, bo jakieś horrendalne wydatki, których nie umiem ogarnąć, bo liczyliśmy, że urlop okołoferiowy spędzimy na malowaniu ścian i sufitów oraz innych temu podobnych atrakcyjnych zajęciach.

A tymczasem, okazało się, że nasze córki w szkole umówiły się, że jadą razem na ferie. Do pensjonatu za Karpaczem, w którym spędziliśmy dwa tygodnie wakacji. Tylko że Hania, grzeczne dziecko, przekazała informację rodzicom, rodzice się ucieszyli, bo się lubimy i byli na tak, a nasza mała zołza jakoś zapomniała nam o tym powiedzieć. Się nie złożyło…

Przemyśleliśmy jednak sprawę i skoro los, a raczej Nasze dziecko, zdecydował za nas, to w sumie, czemu nie pojechać? Do naszych dwóch rodzin dołączyła się jeszcze jedna, zrobiła nam się ekipa spora, ale zgrana i sprawdzona. Pani w pensjonacie, gdy usłyszała, że przyjedziemy w jedenaście osób, dała nam naprawdę atrakcyjne ceny, więc porozpisywaliśmy sobie urlopy i oczekiwaliśmy na ferie, aczkolwiek gdzieś tam w tle, bo nam cały czas nad głową wisiał remont, święta i kilka innych pierdółek życiowych. Z pensjonatem mieliśmy wszystko ugadane, więc im też nie zawracałam głowy dzwonieniem co tydzień.

Myśleniem o feriach zajęłam się dopiero po Nowym Roku i niestety 4 stycznia zrobiło mi się ciemno przed oczami, gdy przeczytałam maila od właścicielki pensjonatu, że pensjonat został właśnie zamknięty. Już nawet nie dochodziłam, dlaczego, co się stało, czy wydarzenia życiowe, czy finansowo im się nie kulało, bo w głowie łomotało mi jedno pytanie – gdzie ja znajdę na dwa tygodnie przed wyjazdem miejsca w pensjonacie na jedenaście osób? Jeszcze jakby chodziło o naszą trójkę, to może, ale trzy rodziny? Sprawa byłaby prosta, gdybyśmy wszyscy spali na forsie, ale niestety nie żyjemy w bajce, tylko w realu i na hotel z trzy tysiaki za tydzień, nikogo z nas nie stać.

Jedna wielka masakra! Jeszcze dorośli – pół biedy, chociaż było nam szkoda, bo już się wszyscy nastawili na wyjazd. Ale dzieciaki? Mielibyśmy zaryczaną i pogrążoną w otchłani rozpaczy piątkę dzieciaków, które już planowały wspólne zabawy, wspólne spanie i wspólne smażenie jajecznicy…

I cud się zdarzył. Zadzwoniłam do koleżanki, która ma pensjonacik z kilkoma pokojami do wynajęcia, też w górach, chociaż nie tych ;) Potem zdarzył się cud numer dwa – akurat dla nas było miejsce. Co prawda pobyt nie obejmuje wyżywienia, ale akurat żadna z nas – trzech Matek Polek od gotowania nie ucieka, więc to nie stanowiło problemu. Zmiana kierunku i tak spowodowała w naszych dzieciakach rozstrój nerwowy, ale w końcu dotarło do nich, że jedziemy wszyscy razem, więc plany nie ulegają drastycznej zmianie. Wyjazd obrócony o 180 stopni, na dwa tygodnie przed terminem…

I pojechaliśmy na ferie, na które mieliśmy nie jechać, ale nasze dzieci nas umówiły, że jedziemy, na które potem mieliśmy nie jechać, bo wybrany pensjonat zniknął z mapy turystycznej… A jednak się udało :)

Ferie były trochę leniwe, bo mało zwiedzaliśmy i mało jeździliśmy po okolicy. Ale najważniejszy dla naszych dzieciaków i tak był śnieg. Całkiem sporo śniegu. W naszej okolicy ostatnie zimy były raczej szarobure niż białe. Ostatnia konkretna zima przytrafiła się nam siedem lat temu, co wspominam ze zgrzytaniem zębów, bo właśnie urodziłam Młodą i łaziłam z nią na te cholerne, zalecane przez lekarzy spacerki. Codziennie. Szlag mnie trafiał, bo trzeba się było przedzierać przez zaspy. Z wózkiem. Każde wyjście z domu z Młodą nosiło w sobie znamiona surwiwalu, a po powrocie do domu, mogłam wykręcać ubrania, które miałam na sobie.

Od tego czasu śnieg u nas gościł w ilościach oszczędnych. Sanki kupione pięć lat temu leżały sobie cichutko w szafie, ne ważąc się choćby pisnąć i użyte były naprawdę zaledwie kilka razy. Nawet jeśli w tygodniu coś naprószyło, to w weekend, kiedy mielibyśmy czas na te sanki pójść była już chlapa i błocko.

Dzieciaki były więc zadowolone z ilości śniegu za oknem i twardo zjeżdżały na wszystkim na czym się dało. Nawet na małych plastikowych nartkach, podobnych do tych, które mieliśmy w dzieciństwie, przyczepianych plastikowymi paskami do butów. A byłam pewna, że dziewczyny już z nich wyrosły… Oczywiście dorośli też nie odmawiali sobie tej rozrywki, czego dowód mam na zdjęciach i filmach, znowu w ilości pierdyliarda. Udało nam się zrobić wieczorne ognisko z pieczeniem kiełbasek, chlebka i ziemniaków zasypanych w popiele. Te na wpół spalone ziemniaki, zapijane kefirem ratowały mój żołądek na drugi dzień, bo tak się jakoś nieszczęśliwie potknęłam tego wieczora, że wpadłam do kilku kubków wina za dużo ;) A na co dzień – niepijąca. No cóż, wypadki się zdarzają – oby zostało mi zapomniane ;)

A gdyby ktoś był w okolicach Sopotni Wielkiej (wiecie, to jest obok Sopotni Małej), to można zajrzeć na stację kosmiczną. Zostałam tam kapitanem statku kosmicznego i w pomarańczowym wdzianku astronauty lądowałam na Marsie :D

Jedyny minus był taki, że dwójka dzieci się niestety rozchorowała, a po powrocie do domu rozłożyło także część dorosłych plus Moje Dziecko. Ale to podobno ogólna tendencja w naszym regionie, sądząc po obłożeniu przychodni. Po tygodniowych feriach mieliśmy więc w domu przymusowy szpital, a ja zamiast spać i odpoczywać, próbowałam wszelkimi siłami zbić u Młodej czterdziestostopniową gorączkę. Polecam rozrywkę :D

Ale idzie ku lepszemu.

Po feriach, w szkole, Moje Dziecko wzruszyło mnie swoim wypracowaniem, które krótkie, acz treściwe, zawierało w sobie zdanie: „jeździłam na sankach, nartach i jabłuszku”. Łzy wzruszenia dotyczyły jabłuszek, które my – wszyscy rodzice na wyjeździe beztrosko i bezmyślnie nazywaliśmy w obecności naszych dzieci „dupolotami”. Przecież wiadomo, że każde stwierdzenie z „dupą” w środku, jest dla dzieci źródłem niezrozumiałej fascynacji i będą je powtarzać z uporem maniaka, przez najbliższe trzy miesiące, nawet przez sen ;) Ale jednak Młoda pokazała klasę i znajomość synonimów, czym mnie wzruszyła niezmiernie.

Takie trochę rozczarowanie

Kilka miesięcy temu wprowadziliśmy do naszego domu nową, świecką tradycję – w weekend oglądamy wspólnie baję. Zdarzyło się nam, że połączenie tradycji i innych obowiązków spowodowało, że sobotni obiad jedliśmy koło 19:00. Ale nic to, mus – to mus :D

Między innymi trafiliśmy na bajki Pana Hayao Miyazaki. I muszę przyznać, że nas wciągnęły. Jak ktoś ma ochotę na trochę inne spojrzenie na świat, to polecam. Bo, że to bajki, to nie znaczy, że nie dla dorosłych. Jasne – trzeba pamiętać, że to jednak Wschód, a my to już jednak Zachód. Komuś może się coś dłużyć, ktoś może kręcić nosem, ktoś może czegoś nie zrozumieć (w tym ja – niektóre sceny w tych bajkach to nie wiem skąd się wzięły i dlaczego, ale widocznie taka koncepcja twórców ;) ). Z drugiej strony – Japończycy też kochają, też nienawidzą, też się złoszczą, też odczuwają emocje, może je inaczej wizualizują niż my, też mają małe dzieci, które – z punktu widzenia rodziców robią śmieszne rzeczy. Więc nie jest nam tak znowu daleko do japońskich bajek, zwłaszcza że niektóre ewidentnie czerpią z kultury zachodniej, bo w „Mój sąsiad Totoro” występował Kot-Autobus, który zdecydowanie jest bliskim kuzynem Kota z Cheshire. Matyldzie się te bajki jak dotąd podobają, więc dobrze, że ma styczność z takim nieprzesłodzonym obrazem pięknych księżniczek z dużymi oczami i pełnym makijażem ;) Nie neguję wcale – po prostu dobrze czasem oderwać wzrok od różowego…

Jedna z bajek, którą widzieliśmy ostatnio to był „Ruchomy zamek Hauru”. Bajka nakręcona na podstawie książki Diany Wynne Jones. Ponieważ strasznie mi się spodobała, a czułam pewien niedosyt, bo miałam wrażenie, że pewne ważne dla akcji aspekty zostały w bajce pominięte, zanurzyłam się w książce. I chyba to jest jeden z nielicznych, ale jednak przykładów, że film jest lepszy niż książka. Sam pomysł powieści był dla mnie fascynujący – ruchomy zamek, który wędruje sobie po Bezdrożach, ale można z niego wyjść do jednej z czterech krain, w zależności od ustawienia specjalnej dźwigni. Trochę magii, trochę s-f, trochę steampunka, generalnie wszystko, co lubię, ale jednak czegoś mi w całości zabrakło. Chyba za bardzo ta opowieść była poszarpana, wiele rzeczy było w domyśle, trochę pominięto, a nie zawsze można liczyć na to, że czytelnik zrozumie, co autor miał na myśli ;)

Może dam Pani Jones szansę w przyszłym roku i wskoczę w Światy Chrestomanciego? Może… Na razie czuję pewne rozczarowanie. Zwłaszcza, że zaraz po niedosycie spowodowanym „Ruchomym Zamkiem”, wpadłam w „Fotografię” Piotra Schmandta, która z każdą kolejną kartką przywodzi mi na myśl Teatr Telewizji, ale akcja toczy się ospale, co być może miało być zamierzone, ale we mnie aż buzuje, bo chcę wiedzieć, to zabił, a śledztwo stoi w martwym punkcie i nic, a nic się nie wyjaśnia… Po prostu okropne ;) I w zasadzie, to nie wiem, czy książka mi się podoba, czy nie, ale czytam dalej.

Teraz czeka na mnie „Atlas chmur”. Z góry mówię, że ekranizacji nie widziałam, ale podobno i książka i film chwalone. To może nie będzie rozczarowania?

Co będziemy czytać w przyszłym roku

Książki, książki, dużo książek – mam nadzieję :D

Ostatnio czytam jakoś mniej, bo oczy… Tak, tak, oczy mogą niesamowicie przeszkadzać ;) Niestety wzrok mi się pogarsza i późnym wieczorem, kiedy w końcu mogę zalec z książką na kanapie, po prostu moje oczy są zbyt zmęczone. Za dużo siedzenia przed kompem (w pracy), a za mało ćwiczeń gałek ocznych. Skoro tak intensywnie wyginam śmiało ciało, muszę także powrócić do trenowania własnego wzroku. W nadziei, że dzięki temu nie oślepnę tak od razu, tylko trochę później.

A  wracając do książek – Młoda czyta sobie sama, mruczy pod nosem i słyszę, jak czasem duka usiłując skleić literki, co się układają w nieznane słowo. Ale książki połyka, jak Mamusia i Tatuś, więc jesteśmy szczęśliwi, bo czytające samo z siebie i własnej woli Dziecko, to był jeden z punktów naszego planu bycia SuperFajnymRodzicem. Odhaczone :D

W szkole Młodej wprowadzili taką zasadę zbierania cegiełek, za każde 10 minut głośnego czytania. Trzeba było założyć zeszycik i wpisywać kiedy, co i jak długo się czytało. Każda otrzymaną od wychowawczyni cegiełka, powiększa „piramidkę czytelnictwa”. Czy jakieś profity z tego tytułu będą, to nie wiem. Wiem, że mam problem, bo Młodej się nie chce czytać głośno. Ona woli po cichu, dla siebie, bo tak jest szybciej, bo jej gardło wtedy nie boli (dziwne, że jak gada jak nakręcona, to wtedy jej gardło nie boli ;) ), bo tak jest jej po prostu wygodniej… Więc znowu wychodzi, że wredna matka zmusza dziecko…..

Ale dzięki głośnemu czytaniu Młodej poznaję przygody Neli Małej Reporterki :) To taka miła odmiana, że ktoś mi czyta, bo oczywiście wieczorne czytanie do snu musi być i Mamusia albo Tatuś muszą koniecznie czytać na głos. Brak wieczornego czytania to kara najstraszliwsza ze wszystkich i nie ma większej otchłani rozpaczy, w którą mogłoby wpaść Moje Dziecko, niż ta, gdy usłyszy – „nie ma czytania na dobranoc”. Od jakiegoś już czasu staram się wypożyczać książki, które zainteresują nie tylko Młodą, ale też i nas, bo bez sensu tak czytać i samemu się nudzić. Z nie tak dawnych odkryć czytelniczych mogę polecić całkiem przyjemna serię „Ulysses Moore” Pierdomenico Baccalario, a z naszego rodzimego podwórka „Kroniki Archeo” Agnieszki Stelmaszyk. Bo Tomusia Orkiszka i Lassego i Maję już przerobiliśmy prawie w całości. Prawie, gdyż nasza biblioteka ma niestety braki :) No i jest jeszcze sera „Magiczne drzewo” Andrzeja Maleszki, którą Matylda bardzo lubi, a mnie niestety znudziła się przy drugim tomie, bo ilość głupot, którą popełniają główni bohaterzy i tarapatów, w które przez to wpadają mnie dosyć przytłacza. Ale seria popularna, Młoda też lubi, niestosownych zapisów dla siedmiolatki nie zauważyłam, to się nie wtrącam, niech lubi.

A dzisiejszy post o książkach dla dzieci spłodziłam, bo przeczytałam artykuł „13 najpiękniejszych Książek Roku 2016 według Polskiej Sekcji IBBY” Oczywiście nie łudzę się, że pojawią się one w najbliższym czasie w naszej bibliotece, a na zakup wszystkich książek, które chciałabym czytać, nie mam ani pieniędzy, ani miejsca :( ale mogę próbować ich szukać. „Mówcie mi Bezprym” mnie zainteresował, bo ja lubię odniesienia historyczne i „Prawie się nie boję…” – to może być ciekawa lektura nie tylko dla dzieci. Dorosłym też się przydaje czasem zajrzeć do główki dziecka i pooglądać, co w niej siedzi i jak tam jest poukładane ;)

A my z Mężem w przyszłym roku nadal będziemy męczyć zbiory biblioteczne, chociaż w związku z mającą nastąpić w niedalekiej przyszłości naszą przeprowadzką, będziemy mieli dostęp do nowej biblioteki i nowego zestawu książek :D 2017 zapowiada się więc interesująco.

Święta to nie tylko prezenty

Jak byłam mała, to oczywiście tym, co najbardziej było dla mnie przyjemne w Świętach, to były prezenty. Teraz to też jest dla mnie ważny element, chociaż wolę dawać niż dostawać. Lubię kombinować, co komu może sprawić przyjemność, potem tego szukać, dostać i pakować… A potem sprawdzać reakcję osoby obdarowywanej :D

Ale wracając do tematu przewodniego – Święta to oczywiście rodzina, ciepło i miłość. I cieszę się, że jest to czas, w którym można zwolnić, pozbyć się codziennych obowiązków i spędzić z sobą trochę czasu razem. Oczywiście wszystko po tej szalonej gonitwie przed…

Ale jak już zdejmiemy tą najważniejszą, wierzchnią warstwę Świąt, pod spodem jest równie ważna i niesamowicie dla mnie przyjemna – JEDZENIE!

Taka sfera życia, którą uwielbiam, mniam, mniam.

A Święta to taki okres, w którym je sie potrawy, przygotowywane właściwie tylko raz w roku. Przynajmniej u mnie w domu. I przynajmniej w wigilię, bo w oba dni Świąt jest kulinarna dowolność. No to wyliczam:

Na pewno jest zupa grzybowa. podawana z grzankami. Uwielbiam od dziecka. I w domu moich rodziców jadło się ją raz w roku. Ja osobiście porywam się na nią kilka razy w roku, chociaż muszę przyznać, że ta wigilijna smakuje ciut inaczej.

Moja teściowa robiła co Święta uszka z grzybami. U moich rodziców, nie jadło się żadnego rodzaju pierogów, a szkoda, bo pożarłabym każdą ilość :D Postanowiłam więc włączyć tą potrawę do naszego menu i co roku lepię uszka. I co roku za mało.

Musi być kapusta – nie jedna, ale dwie, jedna z grzybami, druga z grochem. Kiedyś ta z grochem była przeze mnie bardzo niedoceniana, ale z wiekiem mój smak się uszlachetnił :D Teraz nie wyobrażam sobie Świąt bez kapuchy z grochem. Mało dietetyczna potrawa, ale wiecie – tradycja. Kapustę kiszoną z różnymi dodatkami pichcę w trakcie roku, ale grzyby i groch to dodatki typowo wigilijne.

Ziemniaczki, jako dodatek do wszystkiego. To chyba jedyna „potrawa” pospolita i używana na co dzień. Chociaż, akurat w moim domu ziemniaki jemy rzadko, chociaż lubimy, to jednak staramy się gotować zdrowo, a ziemniaki to właściwie tylko takie wypełniacze. No chyba, że są głównym składnikiem dania.

No i oczywiście polska kulinarna tradycja najważniejsza, czyli ryba. I tutaj popełniam pewnie szaloną herezję, bo przyznam się, że u nas nikt nie lubi karpia, więc karpia nie ma. Owszem, jak byłam mała, to karp pływał w wannie, bo kupowało się rybę, wtedy kiedy była rzucona do sklepów, a nie wtedy, kiedy była potrzebna. No więc karp pływał, co roku nadawałam rybce imię i spędzałam większość czasu w łazience na zabawie z nowym zwierzątkiem. Robiłam jej stateczki, czytałam książki, generalnie idylla. Nie pamiętam, co mówili mi rodzice, gdy karp pewnego dnia znikał, ale było to już naprawdę sporo lat temu. W każdym razie jakiejś traumy, że zjadamy w wigilię mojego przyjaciela, nie pamiętam. No i w końcu można sie było normalnie wykąpać w wannie, a nie pluskać w umywalce. Pewnego dnia jednak mi rodzice kupili poza karpiem inną rybę, jaką to nie ważne. Pożarliśmy wszysycy te kawałki, karp odpadł w przedbiegach, nie wytrzymał konfrontacji smaku. Być może ja nigdy nie jadłam dobrze przyrządzonego karpia, może się kiedyś załapię, ale na dzień dzisiejszy w wigilię na stole ląduje dorsz, sola, tilapia, albo chociażby mintaj. Pyszniutko.

No i na deser koniecznie – makówki. To też potrawa jednorazowa, nie robi się jej u mnie, ani u moich rodziców w żadnym innym okresie roku. A takim bardzo dawnym wspomnieniem z dzieciństwa jest u mnie widok mnie w piżamie, z potarganymi włoskami i bosymi stópkami, jak siedząc na podłodze, wyjadam makówki z wielkiej misy i to jest moje śniadanie w pierwszy dzień Świąt :D

Piszę tego posta w wieczór przedwigilijny i już nie mogę się doczekać tych pyszności, bo ja i jedzenie, to jakby pokrewne dusze. Aż ślinka cieknie. I aż się trochę boję, czy się znowu nie przejem i czy na wszystko starczy miejsca w brzuszku? I czy na schody nie trzeba mnie będzie wtaczać, jak kuleczkę?

A jakie pyszności, królują u Was na Święta?

Tyle wygrać…

Przy okazji oglądania bajki i poruszenia w niej tematu reinkarnacji Moje Dziecko zdobyło się na takie oto przemyślenia:

- Wiesz Mamo, jakbym się miała urodzić jeszcze raz, to chciałabym znowu być sobą i żyć sobie tak jak żyję, w naszym domku  i razem z Wami, żebyście się też urodzili znowu jako Mama i Tata, bo ja Was tak strasznie kocham…

Łał!!! Wzruszyłam się.

Gdyż-iż-ponieważ jesteśmy najlepszymi rodzicami na świecie !!!! Oraz wpadłam w samozachwyt. :D

I nic to, że mam nieposprzątane. Za to Dziecko nas kocha.

Znaczy, że plan uzależnienia emocjonalnego się sprawdza :D

Rozterki duchowe, czyli skleroza i wrodzone zakręcenie

Matka bardzo by chciała być dobrą matką, ale jej nie wychodzi.

Młoda miała zrobić w domu eksperyment z solą, słoikiem, i sznurkiem. Czaicie? Każdy robił. Eksperyment rozpoczęłyśmy w Dziczy, bo tam akurat byliśmy i oczywiście skleroza Matki mogła ujawnić się w pełnym zakresie – Matka spakowała do walizy wszystko, poza eksperymentem. Matka jest złaaaa. Eksperyment trzeba było powtórzyć w domu, ale żal po tamtym pierwszym pozostał.

Matka nie wie, co robi. Młoda już zapakowana do samochodu przypomniała sobie o tym, czego zapomniała do szkoły. Matka więc leci jak z pieprzem do domu, zostawia dziecko w aucie, bo przez te parę minut nic jej nie będzie, zresztą zaraz przyjdzie Tatuś, który schodzi do samochodu z poślizgiem czasowym. Matka jest jednak zakręcona, odruchowo klika w pilota. Auto wyje, Młoda w środku jest zniesmaczona, narażona na nieprzyjemne dźwięki, od których nie może uciec. Matka gapa, naraziła dziecko na stres.

Matka tym razem zapomniała przygotować do szkoły pluszowego misia. Dziecko jest smutne, prawie chlipie, idzie do szkoły szurając nogami, bo inne dzieci pewnie będą miały pluszaki, a ona nie. Matkę na ten widok już zaczyna boleć żołądek, bo jej żal Dziecka otulonego wszechogarniającym smutkiem i nic nie może zrobić, do pracy czas jechać, a z drugiej strony ten smutek i żal….

Tak wiem, że poza tym pamiętam o mnóstwie innych rzeczy, że Młoda nie chodzi głodna, brudna i potargana, że ma odrobione zadanie, pamiętam i organizuję całe mnóstwo rzeczy, a jednak taka głupotka, jak fakt, że miś został w domu potrafi u mnie spowodować rozstrój żołądka. Bo dla Młodej to nie jest głupotka tylko Bardzo Ważna Rzecz, a ja ją w jakimś tam sensie zawiodłam. I tak, tak, wiem, że przecież nie jestem sama od wszystkiego, nie ja jedyna mogłam tego Misia przygotować. Ale odzywa się we mnie Matka-Polka-Uciemiężona i stres w żołądku mnie przygniata. Psychika matki to jakaś głupia jest i niedorozwinięta.

Ale wiecie, tak na co dzień to jestem Najlepszą Matką Na Świecie ;)