Ja to Ja

Musze sobie to powtarzać, bo czasami sama siebie nie poznaję :)
Wiele osób zaczyna pisać bloga pod wpływem jakiegoś impulsu. Ale dla mnie ten impuls to nie było przekroczenie magicznej "trzydziestki", ani urodzenie dziecka, ani zalegalizowanie ponad dziesięcioletniego związku... Nie, nie, nic z tych standardowych i pospolitych rzeczy :).
Tym impulsem był ból brzucha mojego męża ...
Zaciekawieni?

Osoby występujące:
Ja
- występująca w roli Matki, Żony i Kochanki w jednym, Córki oraz Synowej
Mąż - w końcu na legalu
Dziecko - Mały człowieczek płci tak zwanej pięknej, potrafiące wprowadzić nas jednocześnie w stan euforii, jak i załamania nerwowego.
Kreska - kotowaty członek stada

Prawie komplement

Rozmowa z Mężem na komunikatorze o książkach, które musimy oddać do biblioteki. Pytam, które wrzucał dzisiaj do samochodu. Odpowiedź Lubego: – Adepta, Namiestnika i Strasznie mi się podobasz

I wiecie, przez chwilę się nawet zdziwiłam, co on taki frywolny ;) i mnie tu jakieś komplementy rzuca w trakcie pracy, zanim dotarła do mnie brutalna prawda…

Oczywiście zaraz się zreflektował i zaczął podkreślać, że tak oczywiście, że mu się podobam, jakżeby nie i w ogóle… bla, bla, bla. No to chyba logiczne jest – dziś rano wskoczyłam w sukienkę i Mąż mnie w niej widział przed pójściem do pracy, więc ekhm, ekhm, po prostu NIE MA OPCJI, żebym mu się nie podobała. A skromność to moje drugie imię :D

P.S. Chciałam tylko zaznaczyć, że w twórczości Pana Przechrzty to się zakochałam i już dawno nie przeczytałam książki w takim tempie, zarywając nocki, czytając ją przy garach, przy jedzeniu (no wiem, wiem), pod prysznicem też bym czytała, gdyby była wodoodporna :).

Jest coś, co mi osładza jesień

Nie wiem dlaczego, nie pamiętam nawet kiedy, ale pewnego dnia dotarło do mnie, że ja UWIELBIAM zbierać grzyby. Nie krzyczę, tylko podkreślam.

W czasach dzieciństwa i nastoletniości jeździłam z rodzicami na rodzinne wczasy, co roku w to samo miejsce, do porzygania. Ten sam ośrodek, ta sama okolica, nawet wczasowicze się powtarzali i pies w budzie przez lata ten sam oraz krowa u sąsiada, od której piliśmy mleko, że tak powiem bezpośrednio ;) Mogłabym źle wspominać monotonię wyjazdów, ale szczerze powiedziawszy mi się tam bardzo podobało, bo ja nigdy nie byłam z tych, co się nudzą.

Ośrodek był w górach, blisko lasu i do tego lasu wyciągali mnie rodzice na grzyby. Niby obciach dla nastolatki, tak z rodzicami na spacerki łazić, aczkolwiek łażenie mi nie przeszkadzało, tylko towarzystwo robali, insektów i pająków, które to osobniki tylko czekały, aż przejdę przez granicę drzew, już się na mnie rzucały chmarą. Mogłam sobie jednak zbierać jagody, maliny i nawet poziomki się trafiały, ale grzybów nie widziałam. Na grzyby byłam ślepa, mogłam łazić dookoła każdego pnia, rozchylać kępki krzaczków i traw, tata mógł mi palcem w grzyba trącać – ja ich do cholery nie widziałam. Taka wada wzroku chyba, albo grzyby w tym okresie nakładały maskę przezroczystości, tak specjalnie dla mnie. Grzyba zaczynałam widzieć dopiero w domu, gdy je trzeba było obierać, kroić i nawlekać na nitki do suszenia. I dlatego wakacje z rodzicami kojarzą mi się z zapachem grzybów, które niczym girlandy zwisały pod sufitem całego kempingu.

I nie wiem dlaczego, i jak pisałam nie wiem kiedy, pewnego dnia weszłam do lasu i zobaczyłam w chaszczach grzyba. Nie rozumiem do tej pory zjawiska, chyba mi się po prostu jakiś level odblokował, albo tekstury dograły… Co więcej, po zauważeniu jednego grzyba, dostrzegłam jego brata, siostrę, szwagra, całą rodzinę. Rzuciłam się zbierać, mało sobie nóg nie połamałam i dobrze, że się na scyzoryk nie nadziałam. I szał mnie jakiś opętał od tej pory, a wyjście do lasu na grzyby powoduje we mnie wzmożone bicie serca… Ja wiem, że dla niektórych emocje, jak przy szachach, ale ja uwielbiam :D A poza tym obcuje się z naturą, odwala spacerek, i wdycha świeże powietrze, poza tym trzeba wykonać także parę skłonów i przysiadów. Umówmy się, że to zdrowa forma spędzania czasu :D

Okazało się kiedyś, że Młodej też się podoba zbieranie grzybów, co więcej – nieźle je wystawia. – Mamoooooo!!! Mam0000000!!! – niesie się w lesie, to znaczy, że Dziecko znalazło coś warte zebrania. Oczywiście fakt, że stoję trzy metry od niej, nie powstrzymuje jej przed zaprzestaniem wydawania z siebie ryków godnych jelenia na rykowisku…

Udało mi się w końcu w ostatni weekend pojechać w Dzicz, gdzie razem z Młodą i Tatą mym pognaliśmy na rowerach do lasu, w sumie dobrze, że przestało padać, bo ja byłam zdesperowana gnać w las, nawet w trakcie ulewy. Po godzinie Tata musiał mnie za rękaw szarpać, żebyśmy do domu wracali.

I tak, zbiory mieliśmy zacne, odpadów mało, tylko szkoda, że godzina przyjemnego chodzenia po lesie przełożyła się na całe popołudnie i wieczór obierania, krojenia, porcjowania, mrożenia i nawlekania na nitki (bo nie wszystko się zmieściło do piekarnika). Upojne chwile, polecam ;) Ale jajecznica na kolację była :D

Pierwsze objawy nadchodzącej zimy

Że tak zacytuję klasyków: Noż cholera, piździ…

Chociaż bardziej od nieprzyjemnych temperatur przeszkadza mi fakt, że mokro i wilgotno i w kościach mnie przez to łupie. A jak łupie, to i strzyka i sprawia, że czuję się staro, co przecież takie złudne, bom młoda i piękna, jak zawsze :D

W domu grzeją, co akurat nie jest nam zbytnio potrzebne, bo mieszkanie mamy ciepłe. Niestety w pracy, w biurze mam ok. 15 stopni i to już jest dla mnie masakra. Co z tym budynkiem jest nie tak, że latem kitwasi się gorące powietrze, a od wiosny do zimy jest zimno. Zawsze, nawet jak grzeją kaloryfery. To znaczy wiem, co z nim nie tak, ale nic na to nie poradzę… Pracę mogę zmienić, co może w końcu uczynię ;)

W każdym razie – przez osiem godzin mi zimno, kości moje i stawy skarżą się więc innym częściom mojego ciała, a one przetwarzają te skargi w ogrzewającą informację dla mózgu – DANIA JEDNOGARNKOWE! Tak, tak, skoro zaczynam myśleć o tłustych, zabielonych, gęstych zupach, zapiekankach i gorących, sytych kociołkach, to znak, że nadchodzi zima.

Nastrojona bojowo wpadłam wczoraj do kuchni o atrakcyjnej kulinarnie godzinie 21 (nosz kurczę, naprawdę wcześniej nie dałam rady) i popełniłam gęstą zupę kapuścianą z warzywkami i mięskiem. Samo pokrojenie i przesmażenie składników zajęło mi sporą chwilę, a zupka musi sobie później pobulgotać czas jakiś, więc poszłam spać w okolicach północy, nieco zdegustowana własnymi fanaberiami spożywczymi.

Rodzinie na drugi dzień zakomunikowałam, że obiad gotowałam w pocie czoła, przez wiele godzin, więc zupa po prostu MUSI im smakować. Innego wyjścia nie mają… ;) I proszę – smakowało tak, że musiałam ostatecznie ograniczyć dostęp do gara, nawet zastanawiałam się, czy mamy w domu łańcuch z kłódką, żeby gar i przykrywkę zabezpieczyć…

Nocne pichcenie opłaciło się, a ja już przecież od dawna mówię, że sen – choć tak przez mnie ubóstwiany – bywa przereklamowany ;)

Rzeczy ważne i ważniejsze

Tak się złożyło, że Mąż wyjeżdża na wyjazd integracyjny z firmy, w której pracuje.

Tak się również składa, że Młoda tego wieczoru nocuje u koleżanki.

Co oznacza, że po raz pierwszy od kilku lat mam zupełnie samotny, samiuteńki wieczór, nie licząc Kota i muchy, która od wczoraj lata po naszym mieszkaniu odmawiając jego dobrowolnego opuszczenia.

Sama, samiutka, samiuteńka. Ogrom szczęścia właśnie powoli zaczyna do mnie docierać :D

Pierwszą moją myślą było: posprzątam.

Na szczęście szybko oprzytomniałam ;) i uznałam, że butelka wina i drugi sezon Wikingów to zdecydowanie lepsze rozwiązanie. Bo trzeba mieć w życiu jakieś priorytety.

Delektuję się i napawam niedaleką przyszłością. Pewnie taki splot wydarzeń nieprędko mi się znowu trafi.

Czerwony diabeł

Życie jak zwykle stawia przed nami może nie kłody, bo nie chcę narzekać, ale powiedzmy że wyzwania, które musimy ogarnąć.

Tym razem wyzwaniem stała się żółta kontrolka sprawdzenia silnika, którą nasz Sid postanowił zapalić w sobie i świecić na nas znacząco. Co prawda lampka zgasła na drugi dzień, ale jednak postanowiłam pojechać do mechanika na sprawdzenie, cóż to, ach cóż to za dziwy i ile mnie to będzie kosztować.

Mechanik podpiął Sida do kompa, poklikał i stwierdził, że albo rozrząd, albo zwarcie na instalacji elektrycznej. No super, będzie mnie to kosztować albo 50 złotych albo dwa do trzech tysiaków. Tak, żebym znała rząd wielkości i mogła się przygotować. Oczywiście żarliwie prosiłam los, fortunę i inne bóstwa od szczęścia, żeby to jednak był przepalony bezpiecznik, ale niestety nie wyprosiłam… Temat kosztów pominę milczeniem, bo co się mam dołować. A nie o tym, nie o tym…

Pani w warsztacie zabrała mi kluczyki i powiedziała, że nie mogę jeździć samochodem, bo jak to rzeczywiście jest element rozrządu, to rozwalę silnik. Oni sprawdzą i dadzą mi znać. Sprawdzili, dali mi znać, jak już pisałam – nie wymodliłam taniej usterki, sprowadzili części, naprawili – wszystko trwało półtora tygodnia. Na ten czas potrzebowałam zastępczej fury, więc wykonałam łopot rzęs w stronę teściów, coby poratowali nas w potrzebie. Teściowie poratowali, więc dumna i blada dzwonię do Lubego, żeby się pochwalić, jak to wszystko sprawnie załatwiłam. Małżonek wysłuchał i mruczy nieusatysfakcjonowany – Rozumiem, że ja przez najbliższy czas nie będę prowadził samochodu? Dlaczego? – się trochę zdziwiłam. Bo przecież ja się do tego samochodu nie mieszczę!

Samochód, który pożyczyliśmy, znamy od lat, nieraz nam tyłek ratował, a Mąż w czasach studenckich szlifował na nim umiejętności jazdy. Czerwona (kolor jest najważniejszy), ponad dwudziestoletnia Felicia po przejściach prezentuje takie oto cechy:

  • właściwie ten samochód składa się już z co najmniej dwóch samochodów; nawet już nie mówię o różnych zadrapaniach i drobnych stłuczkach, które przeszła, ale gdy w jej tyłku wylądował na pełnej prędkości dostawczak, trzeba jej było przyspawać to i owo z innego samochodu.
  • w związku z dostawczakiem w tyłku – fotel kierowcy jest przyspawany na stałe do podłogi, nie ma więc opcji przesuwania. Dlatego Mąż obawiał się, że nie wsiądzie za kierownicę, co kiedyś mu się zdarzyło, ale od tego czasu dba o formę, więc teraz wcisnął się w fotel bez specjalnego popychania z mojej strony. Kolan również nie miał na wysokości uszu, może do komfortu jazdy było daleko, ale jeździć się dało. Natomiast ja siedzę na skraju fotela, żeby dosięgnąć do pedałów, fotel pokryty jest narzutą z drewnianych koralików, których nie cierpię, bo mi się w nie wkręcają włosy, a poza tym się na nich ślizgam. Jazda jako kierowca odbywa się dla mnie  w pozycji niezbyt-siedząco, pół-stojąco, bardziej-zwisającej.
  • brak jest wspomagania kierownicy, więc moje bicepsy i tricepsy ćwiczyły także pomiędzy treningami.
  • skrzynia biegów działa zdecydowanie na wyczucie. Rozpiska biegów narysowana na gałce to bardziej ogólne wskazówki, niż konkretne miejsca, gdzie biegi powinny wchodzić.
  • włączam jedynkę i ruszam, ruszam, ruszam, ruszam, nadal ruszam, ruszam, ooo jadę, a nie, jeszcze ruszam, ruszam, ruszam iiiii jadę, dwójka!
  • Felcia posiada prędkość Z – przy ok. 100 – 110 km/h wsZystko Zaczyna się Zajebiście trZąść, telepać i wyglądać jakby się Zamierzało ZaraZ roZwalić
  • na trójce wstępuje w nią diabeł, dostaje niewiarygodnego animuszu, jest prężna, zwinna, szybka, gładko sunie, sprawnie wchodzi w zakręty, generalnie na trójce możesz wszystko, gdyby nie konstrukcja silnika pojechałaby też do tyłu.
  • posiada centralny zamek, ale sterowany tylko kluczykiem, notorycznie zdarzało mi się zostawiać ją otwartą, bo z przyzwyczajenia, dopiero po kilku metrach próbowałam kliknąć w pilota. Niestety trzeba było się wracać i zamykać ręcznie.
  • jak zapominałam włączyć świateł na starcie, to siedziała cicho, ale jak ich nie wyłączałam po zgaszeniu silnika, to darła na mnie mordę.
  • klimy nie posiada, a nawiew zimnego powietrza był zwodniczo nawiewem powietrza zasysanym z okolic silnika. Zimne ono nie było, więc w sumie cieszyłam się, że upały się już skończyły. Do pracy woziłam koszulkę na zmianę.
  • akurat jak na złość, zawodowo i prywatnie musiałam w tym okresie wykonać kilka dłuższych tras i zastanawiałam się, czy Assistance na Sida obejmie holowanie także innego samochodu. Na szczęście nie musiałam się o tym przekonywać.

Wszystkie te cechy opisuję jako po prostu cechy, nie naśmiewam się, ani nie marudzę, bo Felicia miała jedną ogromną, przeogromną zaletę. JEŹDZIŁA, a nasz Sid nie. Dlatego z uśmiechem na ustach podejmowaliśmy się wszystkich wyzwań, które przed nami stawiał samochód zastępczy, bo pamiętaliśmy, że najważniejszy bajer posiadania samochodu, to możliwość wożenia własnego tyłka tam, gdzie się chce i potrzebuje.

Kreska daje oznaki miłości

Otworzyliśmy cichutko i powoli drzwi do pustego mieszkania teściów. Kreska spała na podusi umoszczonej w fotelu. Na nasze „Cześć Kiciu!” podniosła łepek, otworzyła jedno oko, potem drugie, te oczy zaczęły się robić coraz większe i większe i widać w nich było to pytanie: „Wróciliście po mnie? Nie zostawiliście mnie tutaj na zawsze?”

„Oczywiście, że nie Kiciaku” odpowiedzieliśmy z Lubym zgodnie. Kreska wstała jeszcze niepewnie, troszkę zaspana, w jej oczkach nadal błyszczały ogniki szczęścia i miłości, podniosła jedną łapkę, zrobiła kroczek, „Przywitam się” – myśli. Zrobiła drugi kroczek w naszą stronę, „Przytulę się do Pańci i Pańcia, pomruczę”. Zrobiła kolejny kroczek już prawie truchtem… „A nie, zapomniałam, że jestem kotem i powinnam pokazywać wszystkim, jak bardzo mam ich w dupie…” i skubana skręciła na kanapę, udając że my ją nie interesujemy i zaczęła myć sobie łapkę…

Oczywiście było już dla niej za późno, bo stęskniona Pańcia już brała kotka na ręce, już myziała po uszkach i brzuszku, już całowała w czółko i szeptała czułe słówka. Pańć też do kota wystartował, więc Kreska łaskawie przyjęła te pieszczoty, nawet troszkę mrucząc, „No niech mają te człowieki, niech mają, chociaż za te dwa tygodnie nieobecności, to prawie nie wybaczam….”

I wiecie, tyle lat z Kotełem żyję, a Mój Kot taki standardowo kotowy jest olewacki-wszystko-w-dupacki, a nawet przez chwilę mi się wydawało, że Kreska sama do mnie przybiegnie. Aj głupia, ja głupia…

Ale Ci, co znają koty, wiedzą po powyższym opisie, jak bardzo Kot mnie kocha :D

Nieszczęścia chodzą parami

Zalali nas sąsiedzi. Dokumentnie i w- prawie – całości. Prawie, bo potop nie dotarł do kuchni, a do salonu dotarł tylko częściowo. Zresztą, nie tylko nas. Ciśnienie było tak silne, że woda przelała się przez mieszkania na czterech piętrach.

Może gdybym miała stare mieszkanie, cieszyłabym się, że mam pretekst do zrobienia remontu. Niestety, od trzech miesięcy mieszkamy na nowych (starych, bo bliskich z dzieciństwa) śmieciach, remont generalny trwał prawie pół roku i obecnie żyjemy głównie na pudłach, bo mebli praktycznie nie mamy. Wizja nowego remontu, tym razem w zamieszkanym mieszkaniu, jakoś mnie przygnębiła, zupełnie nie wiedzieć czemu…

Woda lała się konkretnie – kaskadami, lało się ze styków sufitów ze ścianami, lało się z lamp, lało się nawet po oknach i elewacji. Nie nadążałam ze zgarnianiem wody, w której brodziłam po kostki, na szczęście sąsiad przybiegł z dużymi plastikowymi pudłami, do których ta woda się lała, bo ja dysponuję tylko dwoma małymi wiaderkami po farbie. Najbardziej ucierpiał pokój Młodej, chociaż przytomnie, zaraz na początku katastrofy zdołałam wyszarpać z niego materac i pościel i ukryć w bezpiecznym miejscu. O dziwo – regał z książkami i szafa z ciuchami stały w tych rogach pokoju, gdzie tylko trochę kapało, więc jakoś przeżyły. Nasz materac spisałam w myślach na straty, aczkolwiek po suszeniu się noc i dzień na balkonie, przestała z niego wypływać woda ;) Niemniej Luby noc spędził na podłodze, a ja na zbyt krótkiej kanapie. Wymiana materaca stała się obecnie naszym priorytetem, bo nie wiem, czy tam jakaś pleśń się w środku nie pojawi, ale wymiana materaca pociąga za sobą kupno łóżka (tak, tak, dojrzeliśmy do tej decyzji po 12 latach). Kupno łóżka wstrzymuje fakt, że tymczasowo w naszej sypialni stoją stare szafki kuchenne, w których trzymamy ubrania, bo nie mamy gdzie. Jak stoją szafki, łóżko się nie zmieści. Żeby wywalić szafki, muszę poczekać, aż mi przyjdą montować szafy zabudowane, co miało nastąpić w sierpniu. Ale muszę to przesunąć, bo najpierw muszę zrobić remont sufitów, ścian i podłóg po zalaniu…

Błędne koło.

Ponieważ, jak sugeruje tytuł, nieszczęścia lubią chodzić parami – na drugi dzień po zalaniu okazało się, że zatkał nam się odpływ pod wanną. Wsypanie kreta niestety nic nie dało, a hydraulik stwierdził, że przyjdzie dopiero wieczorem. Zostałam załamana ze stertą mokrych ręczników, szmat, kocy, pościeli i ciuchów, które miały to nieszczęście trafić na potop. Nie mogłam ich wyprać ani wysuszyć i jedyne co mogłam, to patrzeć na nie błagalnie, żeby poczekały jeszcze trochę i nie zaczęły pleśnieć…

Musze przyznać, że był taki moment, kiedy siedziałam w kąciku kuchni (na szczęście do kuchni – nowej, świeżo zabudowanej!!! zalanie nie dotarło) i ryczałam jak bóbr, obejmując nogi ramionkami i kołysząc się tam i z powrotem, bo nie miałam już sił. Mąż się zdziwił, bo nie wiedział, o co mi chodzi… Hmmm…. Pozostawię to bez komentarza, bo nie mam w zwyczaju na co dzień przeklinać.

Na szczęście zadzwoniła przyjaciółka z pytaniem, czy mamy czas na wieczorne piwo, skoro dzieci jeszcze z kolonii nie wróciły. Oczywiście czasu nie mieliśmy, więc poszliśmy, żeby utopić stres i zmartwienia.

Gdyby ktoś chciał jeszcze wtrącić nieśmiało, że do trzech razy sztuka, niech wie, że na drugi dzień padł nam przenośny grzejnik, którym usiłowałam osuszyć pokój Młodej, któremu się najbardziej dostało. Grzejnik miał na oko jakieś dziesięć lat, ułamane nóżki i pierdział, więc nie było mi go szkoda. Jak się ma – zgodnie z prawem pechowej serii – zwalić taka pierdoła, niech się psuje. Biorę na klatę!

Oby jednak kiepskie zdarzenia się zakończyły, bo chcemy wyjechać na rodzinne wakacje i byłoby miło, gdybym nie wyjeżdżała na nie w stanie totalnego zwichrowana psychicznego.

 P.S. Tekst powstał prawie miesiąc temu, ale zawieruszył się gdzieś w czeluściach komputera. Temat zalania przestał już mną wstrząsać, nawet ubezpieczyciel zrobił nam wycenę i przelał kasę z odszkodowania. Nie za dużo, ale liczę na to, że starczy. Za zalany materac nam niestety nie zapłacili, bo rzeczoznawca stwierdził, że materac jest stary, a ślady zacieków nie są z zalania, tylko ze starości. To, że był wilgotny, nie miało dla ubezpieczalni żadnego znaczenia – to pewnie także jego starość ;) Nie chciało mi się kłócić z ubezpieczalnią, bo akurat byliśmy na wakacjach i przez dwa tygodnie olewałam ciepłym moczem problemy dnia codziennego.

Niemniej z wakacji – jak zwykle za krótkich – już wróciliśmy i życie toczy się dalej. Niestety panele podłogowe, przez czas naszej nieobecności, nie miały na tyle przyzwoitości, żeby porządnie wyschnąć i się przestać wybrzuszać… Więc etap kolejnego remontu czas zacząć :)

Przykre konsekwencje braku samochodu

Nasz dzielny Sid został odstawiony do mechanika. Na calutki dzień. Potrzebował chłopak wymiany oleju, filtrów, czyszczenia klimy, naprawy ręcznego i kilku pierdółek, które raz w roku mu się należą. Niech ma :D

W związku z powyższym musiałam wracać z pracy autobusem. Biurowiec, w którym pracuję znajduje się na tak zwanym zadupiu, gdzie wróble zawracają, co ma swoje plusy – cisza, spokój i bażanty majestatycznie przechadzające się pod oknami. Ma też swoje minusy – do przystanku jest ho, ho, hoooo, daleko. W ogóle do wszystkiego daleko, więc czekał mnie godzinny powrót do domu z przesiadkami.

Uzbrojona w bilet i pozytywne nastawienie, urwałam się parę minut z pracy, bo oczywiście wszystkie autobusy jadą kilka minut przed szesnastą, albo dwadzieścia po. Idę, co prawda, nie do końca przygotowana, bo w łapkach parasol (zapowiadali burze) oraz kurtka (rano było zimno, teraz już upał, no i te burze…), generalnie niepotrzebne graty nieporęcznie mi dyndają dookoła, no i jeszcze torebka, która waży 7 kg i nie wiem, co w niej mam, ale z pewnością nie wodę, a akurat mnie suszy od tego marszu i tego upału, ale nic to – idę dziarsko, bo co to dla mnie, buty na szczęście miałam wygodne….

Nagle, jakiś instynkt wewnętrzny każe mi się odwrócić – za mną w oddali majaczy sylwetka autobusu, przede mną w oddali majaczy sylwetka przystanku, co robić, co robić? Trzeba biec! Tak, jak moja babcia, co przyzwyczajona do dawnych „lepszych”, jak to niektórzy mówią czasów i jak widzi kolejkę, to najpierw trzeba w niej stanąć,  zająć sobie miejsce, a dopiero potem ewentualnie sprawdzać, za czym kolejka ta stoi. Taka pomroczność jasna na nią spada. Na mnie też spadła, okryła mnie całą i szeptała do uszka – biegnij, biegnij…

No więc biegnę. Autobus ma przewagę silnika spalinowego, ja mam tylko swoje biedne dwie nóżki, co muszą unieść resztę ciałka, torebkę, parasol i różne inne – nieprzydatne w bieganiu – bimboły. Biedne moje nóżki, ale nic to, pędzę dalej, bo autobus już mnie minął, a ja nadal do przystanku mam kawał. Nawet mi przez głowę przemknęło, że po cholerę ja tak biegnę, przecież za minutę przyjedzie następny autobus, a za kolejną minutę drugi i czy ja muszę tak biec z włosem rozwianym? Nie mogę tak po prostu z godnością i na spokojnie PÓJŚĆ na przystanek?

Otóż nie! Jakiś cholernie uparty instynkt rączej łani się we mnie odezwał i sadziłam te susy jak idiotka i biegłam i biegłam, chociaż już wiedziałam, że na ten autobus nie zdążę, biegłam dalej. I chyba jakieś siły wyższe postanowiły mi jednak pokazać, żem głupia, stawiając na mojej drodze maluśki kamyczek, który mimo rozmiaru, zachwiał mną w posadach i wywróciłam się koncertowo… (właściwie powinnam użyć bardziej dosadnego słowa, bo słowo „wywrócić się” jakoś nie obrazuje stosownie sytuacji)

Już później, siedząc w autobusie (w kolejnym oczywiście, ten pierwszy odjechał w siną dal, gdy podnosiłam swoje zwłoki z ziemi, zaledwie 50 metrów od przystanku), więc siedząc w tym autobusie, brudna i potargana, z trawą we włosach, chichrałam się okrutnie z własnej głupoty oraz z faktu, że to pewnie musiało zabawnie wyglądać. Wykonałam bowiem lot koszący, jakiś metr nad ziemią, ciało pięknie wyprostowane, rączki do przodu, nóżki do tyłu, parasolka i kurtka w różne świata strony, przerażenie w oczach, dziwne, że butów nie zgubiłam… Po locie wykonałam ślizg na klasycznego szczupaka i przejechałam kolejny metr po trawniku i żwirze. Gdybym sama stała obok, to zamiast pomóc samej sobie wstać, pewnie bym krztusiła się ze śmiechu.

Postanowiłam już więcej nie kusić losu, więc po przebyciu połowy trasy autobusem, nie w głowie mi było przesiadanie się. Poszłam do domu na piechotkę. Zaledwie półgodzinny spacerek.

Przeżyłam, nic sobie nie złamałam, ubrania przetrwały, brud i plamy dało się sprać, a rozczochrana jestem zawsze, więc nie było różnicy ;)

Na pamiątkę zostały mi siniaki, zadrapania i szramy, i stłuczona kość biodrowa. Pokazywałam wieczorem Młodej rany, które odniosłam, żeby jej nie było przykro, że tylko ona taka poobijana, co Moje Dziecko skwitowało kręcąc głową z niedowierzaniem – Mamo, ale z ciebie niezdara! Ale bolące miejsca zostały ojojane i pożałowane, więc bolą mniej…

Nie wiedziałam, że ta komunikacja miejska taka niebezpieczna ;)

Prezent na dzień dziecka, który wyrwie Was z butów

Nie będzie to wpis o szpanowaniu, w stylu lansu komunijnego, bo ani nas nie stać, ani w butach nie mamy siana ;) Przynajmniej się staramy :D

W tym roku postanowiliśmy dać Młodej prezent dość praktyczny, z nutką artystyczną, co Dziecię Nasze lubi. Ponieważ w tym roku startujemy z samotnymi wyjazdami Młodej na kolonie i obozy, uznaliśmy że przyda jej się aparat fotograficzny. Taki malutki, co go do plecaczka włoży i łatwo w łapce się mieści. Bo w spadku po nas dostała Canona, przy czym bydlę robi zdjęcia ładne, aczkolwiek w rękach ośmiolatki jest dosyć wielkie i ciężkie. Jak robimy wycieczki wspólne, to nie ma sprawy, ale jak już jedzie gdzieś sama, to przydałoby się coś małego. Wielkość to jeden z priorytetów, drugi to stabilizacja obrazu, bo jednak jej ręka drży i szkoda by było, żeby na wszystkich zdjęciach były smugi, zamiast koleżanek i widoczków :)

Połączenie tych dwóch czynników niby jest proste, pod warunkiem, że się ma co najmniej cztery stówki, a najlepiej tysiaka. Za tysiaka już się można rozglądać… Nie muszę chyba pisać, że tysiaka nie mieliśmy, ani nawet czterech stówek. Nędza… Ale Matka-Sznupaczka wysznupała w czeluściach internetu Pana, co sprzedawał używkę, działającą, lekko porysowaną, ale w stanie bardzo dobrym, no i za pół ceny.

Alleluja! mogłabym zawołać, gdyż plany udało się przekuć w realny przedmiot, bo pod koniec maja, to niestety nad naszym zrujnowanym budżetem domowym roniłam rzewne łzy. Młoda cykała więc wczoraj fotki, gdzie popadło i komu popadło, a że dla nas obowiązkowym punktem większości prezentów są też książki, to Dziecko analizowało także zagadnienia gospodarcze i demograficzne Brazylii ;), bo w prezencie była również mała encyklopedia.

Ale to nie był ten prezent, który wyrywa z butów. Ten był chyba normalny ;)

-Mamo, mamo! – zakrzyknęło dziś rano Moje Dziecko w drodze do szkoły – A ja dostałam skrobankę!

Przełykając w panice ślinę, usiłowałam sobie przypomnieć, czy szkoła Młodej nie uczestniczy przypadkiem w jakiejś wspólnej akcji prewencyjnej z lokalną przychodnią, ale uznałam, że to by chyba było lekkie przegięcie. Zwłaszcza w klasach I-III. Rozumiem i popieram, że mleko rozdają, że warzywa, że owoce, że badają i czyszczą zęby… Ale kurna, żeby od razu skrobanka? To jak to zorganizują? Na kupon? To chyba już lepiej rozdawać te tabletki dzień po. No i może poczekać jednak z tym przynajmniej do szkoły średniej?

Te wszystkie myśli przeleciały mi przez czerep w ułamku sekundy, po czym dotarło do mnie, że coś tu jednak nie pasuje. Młoda coś tam bąknęła, że na dzień dziecka w szkole, próbowałam sobie więc na szybko przypomnieć treści maili wymienianych między rodzicami, z ustaleniami, co te nasze dzieciaki mają dostać? Jakoś ostatnio znowu parę rzeczy mi umknęło. Ale zagadka szybko się rozwiązała, gdy Mati zaczęła tłumaczyć, czym owa skrobanka jest.

Jest więc na kartoniku jakiś obrazek, pokryty klejem, na który sypie się w odpowiednich miejscach kolorowy piasek i wychodzi kolorowanka, bez kolorowania, taka sypana. A ten klej jest zabezpieczony specjalną folią, którą podważa się patyczkiem i zeskrobuje…. Skrobanka…

Myślę, że przy tym, wszystkie kolejne prezenty wypadną blado ;)

Zmęczenie – poziom: remont i przeprowadzka

Tak, tak – jak sugeruje tytuł – w naszym życiu następują zmiany. Zmiany na lepsze. Niestety okupowane naszym dużym wysiłkiem i zmęczeniem organizmu, bo przenoszenie 30kilogramowych kartonów – przenoszeniem ale kolacja dla dziecka sama się nie zrobi ;) Dobrze, że mamy przyjaciół, którzy bohatersko izolują nas od dziecka w weekendy, dzięki czemu możemy się trzaskać z pakowaniem po nocach…

Poziom zmęczenia i niewyspania utrzymuje nas w permanentnym stanie zombiakalnym ;) w którym jak się okazuje – da się funkcjonować nawet kilka miesięcy. Co prawda na odcinku ostatnich 50 dni jestem chora po raz trzeci, więc chyba organizm zaczyna mi sugerować rezerwę, ale to jeszcze tylko kilka dni przed godziną zero! Damy radę.

Objawy zmęczenia z dnia dzisiejszego – w pracy postanowiłam zrobić sobie coś do picia i do kubka wsypałam cukier, kawę rozpuszczalną oraz wsadziłam torebkę herbaty earl grey. Zorientowałam się, że coś nie gra dopiero po zalaniu wrzątkiem, po czym stwierdziłam, że nie mam czasu robić sobie czegoś innego. Odruchu zwrotnego napój nie powodował, był mokry, więc gasił pragnienie, a że dziwnie smakował? To w końcu nie było aż takie ważne ;)

Obiecuję sobie, że od przyszłej niedzieli odpocznę, co oczywiście nie nastąpi, bo zaczniemy znowu żyć na pudłach, co prawda na trochę większym metrażu, ale jednak na pudłach – kuchnię nam zamontują za dwa miesiące, nie mamy szaf, nie mamy mebli – będzie bosko! i nic się nie będzie dało znaleźć.

Ale nic to – po kawoherbacie spływa na mnie stoicki spokój ;)