Ja to Ja

Musze sobie to powtarzać, bo czasami sama siebie nie poznaję :)
Wiele osób zaczyna pisać bloga pod wpływem jakiegoś impulsu. Ale dla mnie ten impuls to nie było przekroczenie magicznej "trzydziestki", ani urodzenie dziecka, ani zalegalizowanie ponad dziesięcioletniego związku... Nie, nie, nic z tych standardowych i pospolitych rzeczy :).
Tym impulsem był ból brzucha mojego męża ...
Zaciekawieni?

Osoby występujące:
Ja
- występująca w roli Matki, Żony i Kochanki w jednym, Córki oraz Synowej
Mąż - w końcu na legalu
Dziecko - Mały człowieczek płci tak zwanej pięknej, potrafiące wprowadzić nas jednocześnie w stan euforii, jak i załamania nerwowego.
Kreska - kotowaty członek stada

Kolor włosów zobowiązuje

Od pewnego czasu idę na głowie w coraz jaśniejszy blond i czasami mam wrażenie, że farba przeżera mi się z cebulek w głąb mojej głowy :)

Poza tym z natury jestem osobą prawdomówną i szczerą, co w dzisiejszych – cynicznych czasach może być odbierane za przejaw głupoty ;) No cóż, taki mam charakter. Ciężko byłoby mi go teraz zmieniać …

Scena – moje biuro. Dzwoni telefon. Odbieram. Bardzo sympatyczny pan pyta się o mojego szefa. Szefa nie ma i standardowo – nie wiadomo, kiedy będzie, bo to szef ;) Pan jest bardzo miły, co ostatnio w rozmowach telefonicznych rzadko się zdarza, rozmowa właściwie o pierdołach, ale bardzo przyjemna, kula się nam się już kilka minut i nagle pan wypala: – Ależ pani mężczyzna ma szczęście! Pani ma taki cholernie seksowny głos. Ma farta, że może go słuchać codziennie!

I pewnie normalnie większość bab, zachichotałaby wdzięczne i podjęłaby niewinny, telefoniczny flirt. Ale nie mieszczę się w standardzie, więc szczerze do bólu walę wprost: – Nie chciałabym spłycać, ale ja po prostu mam katar…

Kurtyna.

Pan udławił się ze śmiechu i zakończył rozmowę… Ehhh, no inteligencją nie błysnęłam ;)

Ferie, których miało nie być

Pewnego dnia, jeszcze jakoś w listopadzie, koleżanka zadała mi pytanie: To co z tym naszym wyjazdem na ferie, zamawiałaś już coś, jaki termin, kiedy płacimy zaliczkę?

Popatrzyłam na nią bezmyślnym wzrokiem, co nie odbiega zbytnio od mojej standardowej miny ;) bo lekko się zdziwiłam. Jakie ferie? Przecież nic nie planowaliśmy, bo remont, bo jakieś horrendalne wydatki, których nie umiem ogarnąć, bo liczyliśmy, że urlop okołoferiowy spędzimy na malowaniu ścian i sufitów oraz innych temu podobnych atrakcyjnych zajęciach.

A tymczasem, okazało się, że nasze córki w szkole umówiły się, że jadą razem na ferie. Do pensjonatu za Karpaczem, w którym spędziliśmy dwa tygodnie wakacji. Tylko że Hania, grzeczne dziecko, przekazała informację rodzicom, rodzice się ucieszyli, bo się lubimy i byli na tak, a nasza mała zołza jakoś zapomniała nam o tym powiedzieć. Się nie złożyło…

Przemyśleliśmy jednak sprawę i skoro los, a raczej Nasze dziecko, zdecydował za nas, to w sumie, czemu nie pojechać? Do naszych dwóch rodzin dołączyła się jeszcze jedna, zrobiła nam się ekipa spora, ale zgrana i sprawdzona. Pani w pensjonacie, gdy usłyszała, że przyjedziemy w jedenaście osób, dała nam naprawdę atrakcyjne ceny, więc porozpisywaliśmy sobie urlopy i oczekiwaliśmy na ferie, aczkolwiek gdzieś tam w tle, bo nam cały czas nad głową wisiał remont, święta i kilka innych pierdółek życiowych. Z pensjonatem mieliśmy wszystko ugadane, więc im też nie zawracałam głowy dzwonieniem co tydzień.

Myśleniem o feriach zajęłam się dopiero po Nowym Roku i niestety 4 stycznia zrobiło mi się ciemno przed oczami, gdy przeczytałam maila od właścicielki pensjonatu, że pensjonat został właśnie zamknięty. Już nawet nie dochodziłam, dlaczego, co się stało, czy wydarzenia życiowe, czy finansowo im się nie kulało, bo w głowie łomotało mi jedno pytanie – gdzie ja znajdę na dwa tygodnie przed wyjazdem miejsca w pensjonacie na jedenaście osób? Jeszcze jakby chodziło o naszą trójkę, to może, ale trzy rodziny? Sprawa byłaby prosta, gdybyśmy wszyscy spali na forsie, ale niestety nie żyjemy w bajce, tylko w realu i na hotel z trzy tysiaki za tydzień, nikogo z nas nie stać.

Jedna wielka masakra! Jeszcze dorośli – pół biedy, chociaż było nam szkoda, bo już się wszyscy nastawili na wyjazd. Ale dzieciaki? Mielibyśmy zaryczaną i pogrążoną w otchłani rozpaczy piątkę dzieciaków, które już planowały wspólne zabawy, wspólne spanie i wspólne smażenie jajecznicy…

I cud się zdarzył. Zadzwoniłam do koleżanki, która ma pensjonacik z kilkoma pokojami do wynajęcia, też w górach, chociaż nie tych ;) Potem zdarzył się cud numer dwa – akurat dla nas było miejsce. Co prawda pobyt nie obejmuje wyżywienia, ale akurat żadna z nas – trzech Matek Polek od gotowania nie ucieka, więc to nie stanowiło problemu. Zmiana kierunku i tak spowodowała w naszych dzieciakach rozstrój nerwowy, ale w końcu dotarło do nich, że jedziemy wszyscy razem, więc plany nie ulegają drastycznej zmianie. Wyjazd obrócony o 180 stopni, na dwa tygodnie przed terminem…

I pojechaliśmy na ferie, na które mieliśmy nie jechać, ale nasze dzieci nas umówiły, że jedziemy, na które potem mieliśmy nie jechać, bo wybrany pensjonat zniknął z mapy turystycznej… A jednak się udało :)

Ferie były trochę leniwe, bo mało zwiedzaliśmy i mało jeździliśmy po okolicy. Ale najważniejszy dla naszych dzieciaków i tak był śnieg. Całkiem sporo śniegu. W naszej okolicy ostatnie zimy były raczej szarobure niż białe. Ostatnia konkretna zima przytrafiła się nam siedem lat temu, co wspominam ze zgrzytaniem zębów, bo właśnie urodziłam Młodą i łaziłam z nią na te cholerne, zalecane przez lekarzy spacerki. Codziennie. Szlag mnie trafiał, bo trzeba się było przedzierać przez zaspy. Z wózkiem. Każde wyjście z domu z Młodą nosiło w sobie znamiona surwiwalu, a po powrocie do domu, mogłam wykręcać ubrania, które miałam na sobie.

Od tego czasu śnieg u nas gościł w ilościach oszczędnych. Sanki kupione pięć lat temu leżały sobie cichutko w szafie, ne ważąc się choćby pisnąć i użyte były naprawdę zaledwie kilka razy. Nawet jeśli w tygodniu coś naprószyło, to w weekend, kiedy mielibyśmy czas na te sanki pójść była już chlapa i błocko.

Dzieciaki były więc zadowolone z ilości śniegu za oknem i twardo zjeżdżały na wszystkim na czym się dało. Nawet na małych plastikowych nartkach, podobnych do tych, które mieliśmy w dzieciństwie, przyczepianych plastikowymi paskami do butów. A byłam pewna, że dziewczyny już z nich wyrosły… Oczywiście dorośli też nie odmawiali sobie tej rozrywki, czego dowód mam na zdjęciach i filmach, znowu w ilości pierdyliarda. Udało nam się zrobić wieczorne ognisko z pieczeniem kiełbasek, chlebka i ziemniaków zasypanych w popiele. Te na wpół spalone ziemniaki, zapijane kefirem ratowały mój żołądek na drugi dzień, bo tak się jakoś nieszczęśliwie potknęłam tego wieczora, że wpadłam do kilku kubków wina za dużo ;) A na co dzień – niepijąca. No cóż, wypadki się zdarzają – oby zostało mi zapomniane ;)

A gdyby ktoś był w okolicach Sopotni Wielkiej (wiecie, to jest obok Sopotni Małej), to można zajrzeć na stację kosmiczną. Zostałam tam kapitanem statku kosmicznego i w pomarańczowym wdzianku astronauty lądowałam na Marsie :D

Jedyny minus był taki, że dwójka dzieci się niestety rozchorowała, a po powrocie do domu rozłożyło także część dorosłych plus Moje Dziecko. Ale to podobno ogólna tendencja w naszym regionie, sądząc po obłożeniu przychodni. Po tygodniowych feriach mieliśmy więc w domu przymusowy szpital, a ja zamiast spać i odpoczywać, próbowałam wszelkimi siłami zbić u Młodej czterdziestostopniową gorączkę. Polecam rozrywkę :D

Ale idzie ku lepszemu.

Po feriach, w szkole, Moje Dziecko wzruszyło mnie swoim wypracowaniem, które krótkie, acz treściwe, zawierało w sobie zdanie: „jeździłam na sankach, nartach i jabłuszku”. Łzy wzruszenia dotyczyły jabłuszek, które my – wszyscy rodzice na wyjeździe beztrosko i bezmyślnie nazywaliśmy w obecności naszych dzieci „dupolotami”. Przecież wiadomo, że każde stwierdzenie z „dupą” w środku, jest dla dzieci źródłem niezrozumiałej fascynacji i będą je powtarzać z uporem maniaka, przez najbliższe trzy miesiące, nawet przez sen ;) Ale jednak Młoda pokazała klasę i znajomość synonimów, czym mnie wzruszyła niezmiernie.

Takie trochę rozczarowanie

Kilka miesięcy temu wprowadziliśmy do naszego domu nową, świecką tradycję – w weekend oglądamy wspólnie baję. Zdarzyło się nam, że połączenie tradycji i innych obowiązków spowodowało, że sobotni obiad jedliśmy koło 19:00. Ale nic to, mus – to mus :D

Między innymi trafiliśmy na bajki Pana Hayao Miyazaki. I muszę przyznać, że nas wciągnęły. Jak ktoś ma ochotę na trochę inne spojrzenie na świat, to polecam. Bo, że to bajki, to nie znaczy, że nie dla dorosłych. Jasne – trzeba pamiętać, że to jednak Wschód, a my to już jednak Zachód. Komuś może się coś dłużyć, ktoś może kręcić nosem, ktoś może czegoś nie zrozumieć (w tym ja – niektóre sceny w tych bajkach to nie wiem skąd się wzięły i dlaczego, ale widocznie taka koncepcja twórców ;) ). Z drugiej strony – Japończycy też kochają, też nienawidzą, też się złoszczą, też odczuwają emocje, może je inaczej wizualizują niż my, też mają małe dzieci, które – z punktu widzenia rodziców robią śmieszne rzeczy. Więc nie jest nam tak znowu daleko do japońskich bajek, zwłaszcza że niektóre ewidentnie czerpią z kultury zachodniej, bo w „Mój sąsiad Totoro” występował Kot-Autobus, który zdecydowanie jest bliskim kuzynem Kota z Cheshire. Matyldzie się te bajki jak dotąd podobają, więc dobrze, że ma styczność z takim nieprzesłodzonym obrazem pięknych księżniczek z dużymi oczami i pełnym makijażem ;) Nie neguję wcale – po prostu dobrze czasem oderwać wzrok od różowego…

Jedna z bajek, którą widzieliśmy ostatnio to był „Ruchomy zamek Hauru”. Bajka nakręcona na podstawie książki Diany Wynne Jones. Ponieważ strasznie mi się spodobała, a czułam pewien niedosyt, bo miałam wrażenie, że pewne ważne dla akcji aspekty zostały w bajce pominięte, zanurzyłam się w książce. I chyba to jest jeden z nielicznych, ale jednak przykładów, że film jest lepszy niż książka. Sam pomysł powieści był dla mnie fascynujący – ruchomy zamek, który wędruje sobie po Bezdrożach, ale można z niego wyjść do jednej z czterech krain, w zależności od ustawienia specjalnej dźwigni. Trochę magii, trochę s-f, trochę steampunka, generalnie wszystko, co lubię, ale jednak czegoś mi w całości zabrakło. Chyba za bardzo ta opowieść była poszarpana, wiele rzeczy było w domyśle, trochę pominięto, a nie zawsze można liczyć na to, że czytelnik zrozumie, co autor miał na myśli ;)

Może dam Pani Jones szansę w przyszłym roku i wskoczę w Światy Chrestomanciego? Może… Na razie czuję pewne rozczarowanie. Zwłaszcza, że zaraz po niedosycie spowodowanym „Ruchomym Zamkiem”, wpadłam w „Fotografię” Piotra Schmandta, która z każdą kolejną kartką przywodzi mi na myśl Teatr Telewizji, ale akcja toczy się ospale, co być może miało być zamierzone, ale we mnie aż buzuje, bo chcę wiedzieć, to zabił, a śledztwo stoi w martwym punkcie i nic, a nic się nie wyjaśnia… Po prostu okropne ;) I w zasadzie, to nie wiem, czy książka mi się podoba, czy nie, ale czytam dalej.

Teraz czeka na mnie „Atlas chmur”. Z góry mówię, że ekranizacji nie widziałam, ale podobno i książka i film chwalone. To może nie będzie rozczarowania?

Co będziemy czytać w przyszłym roku

Książki, książki, dużo książek – mam nadzieję :D

Ostatnio czytam jakoś mniej, bo oczy… Tak, tak, oczy mogą niesamowicie przeszkadzać ;) Niestety wzrok mi się pogarsza i późnym wieczorem, kiedy w końcu mogę zalec z książką na kanapie, po prostu moje oczy są zbyt zmęczone. Za dużo siedzenia przed kompem (w pracy), a za mało ćwiczeń gałek ocznych. Skoro tak intensywnie wyginam śmiało ciało, muszę także powrócić do trenowania własnego wzroku. W nadziei, że dzięki temu nie oślepnę tak od razu, tylko trochę później.

A  wracając do książek – Młoda czyta sobie sama, mruczy pod nosem i słyszę, jak czasem duka usiłując skleić literki, co się układają w nieznane słowo. Ale książki połyka, jak Mamusia i Tatuś, więc jesteśmy szczęśliwi, bo czytające samo z siebie i własnej woli Dziecko, to był jeden z punktów naszego planu bycia SuperFajnymRodzicem. Odhaczone :D

W szkole Młodej wprowadzili taką zasadę zbierania cegiełek, za każde 10 minut głośnego czytania. Trzeba było założyć zeszycik i wpisywać kiedy, co i jak długo się czytało. Każda otrzymaną od wychowawczyni cegiełka, powiększa „piramidkę czytelnictwa”. Czy jakieś profity z tego tytułu będą, to nie wiem. Wiem, że mam problem, bo Młodej się nie chce czytać głośno. Ona woli po cichu, dla siebie, bo tak jest szybciej, bo jej gardło wtedy nie boli (dziwne, że jak gada jak nakręcona, to wtedy jej gardło nie boli ;) ), bo tak jest jej po prostu wygodniej… Więc znowu wychodzi, że wredna matka zmusza dziecko…..

Ale dzięki głośnemu czytaniu Młodej poznaję przygody Neli Małej Reporterki :) To taka miła odmiana, że ktoś mi czyta, bo oczywiście wieczorne czytanie do snu musi być i Mamusia albo Tatuś muszą koniecznie czytać na głos. Brak wieczornego czytania to kara najstraszliwsza ze wszystkich i nie ma większej otchłani rozpaczy, w którą mogłoby wpaść Moje Dziecko, niż ta, gdy usłyszy – „nie ma czytania na dobranoc”. Od jakiegoś już czasu staram się wypożyczać książki, które zainteresują nie tylko Młodą, ale też i nas, bo bez sensu tak czytać i samemu się nudzić. Z nie tak dawnych odkryć czytelniczych mogę polecić całkiem przyjemna serię „Ulysses Moore” Pierdomenico Baccalario, a z naszego rodzimego podwórka „Kroniki Archeo” Agnieszki Stelmaszyk. Bo Tomusia Orkiszka i Lassego i Maję już przerobiliśmy prawie w całości. Prawie, gdyż nasza biblioteka ma niestety braki :) No i jest jeszcze sera „Magiczne drzewo” Andrzeja Maleszki, którą Matylda bardzo lubi, a mnie niestety znudziła się przy drugim tomie, bo ilość głupot, którą popełniają główni bohaterzy i tarapatów, w które przez to wpadają mnie dosyć przytłacza. Ale seria popularna, Młoda też lubi, niestosownych zapisów dla siedmiolatki nie zauważyłam, to się nie wtrącam, niech lubi.

A dzisiejszy post o książkach dla dzieci spłodziłam, bo przeczytałam artykuł „13 najpiękniejszych Książek Roku 2016 według Polskiej Sekcji IBBY” Oczywiście nie łudzę się, że pojawią się one w najbliższym czasie w naszej bibliotece, a na zakup wszystkich książek, które chciałabym czytać, nie mam ani pieniędzy, ani miejsca :( ale mogę próbować ich szukać. „Mówcie mi Bezprym” mnie zainteresował, bo ja lubię odniesienia historyczne i „Prawie się nie boję…” – to może być ciekawa lektura nie tylko dla dzieci. Dorosłym też się przydaje czasem zajrzeć do główki dziecka i pooglądać, co w niej siedzi i jak tam jest poukładane ;)

A my z Mężem w przyszłym roku nadal będziemy męczyć zbiory biblioteczne, chociaż w związku z mającą nastąpić w niedalekiej przyszłości naszą przeprowadzką, będziemy mieli dostęp do nowej biblioteki i nowego zestawu książek :D 2017 zapowiada się więc interesująco.

Święta to nie tylko prezenty

Jak byłam mała, to oczywiście tym, co najbardziej było dla mnie przyjemne w Świętach, to były prezenty. Teraz to też jest dla mnie ważny element, chociaż wolę dawać niż dostawać. Lubię kombinować, co komu może sprawić przyjemność, potem tego szukać, dostać i pakować… A potem sprawdzać reakcję osoby obdarowywanej :D

Ale wracając do tematu przewodniego – Święta to oczywiście rodzina, ciepło i miłość. I cieszę się, że jest to czas, w którym można zwolnić, pozbyć się codziennych obowiązków i spędzić z sobą trochę czasu razem. Oczywiście wszystko po tej szalonej gonitwie przed…

Ale jak już zdejmiemy tą najważniejszą, wierzchnią warstwę Świąt, pod spodem jest równie ważna i niesamowicie dla mnie przyjemna – JEDZENIE!

Taka sfera życia, którą uwielbiam, mniam, mniam.

A Święta to taki okres, w którym je sie potrawy, przygotowywane właściwie tylko raz w roku. Przynajmniej u mnie w domu. I przynajmniej w wigilię, bo w oba dni Świąt jest kulinarna dowolność. No to wyliczam:

Na pewno jest zupa grzybowa. podawana z grzankami. Uwielbiam od dziecka. I w domu moich rodziców jadło się ją raz w roku. Ja osobiście porywam się na nią kilka razy w roku, chociaż muszę przyznać, że ta wigilijna smakuje ciut inaczej.

Moja teściowa robiła co Święta uszka z grzybami. U moich rodziców, nie jadło się żadnego rodzaju pierogów, a szkoda, bo pożarłabym każdą ilość :D Postanowiłam więc włączyć tą potrawę do naszego menu i co roku lepię uszka. I co roku za mało.

Musi być kapusta – nie jedna, ale dwie, jedna z grzybami, druga z grochem. Kiedyś ta z grochem była przeze mnie bardzo niedoceniana, ale z wiekiem mój smak się uszlachetnił :D Teraz nie wyobrażam sobie Świąt bez kapuchy z grochem. Mało dietetyczna potrawa, ale wiecie – tradycja. Kapustę kiszoną z różnymi dodatkami pichcę w trakcie roku, ale grzyby i groch to dodatki typowo wigilijne.

Ziemniaczki, jako dodatek do wszystkiego. To chyba jedyna „potrawa” pospolita i używana na co dzień. Chociaż, akurat w moim domu ziemniaki jemy rzadko, chociaż lubimy, to jednak staramy się gotować zdrowo, a ziemniaki to właściwie tylko takie wypełniacze. No chyba, że są głównym składnikiem dania.

No i oczywiście polska kulinarna tradycja najważniejsza, czyli ryba. I tutaj popełniam pewnie szaloną herezję, bo przyznam się, że u nas nikt nie lubi karpia, więc karpia nie ma. Owszem, jak byłam mała, to karp pływał w wannie, bo kupowało się rybę, wtedy kiedy była rzucona do sklepów, a nie wtedy, kiedy była potrzebna. No więc karp pływał, co roku nadawałam rybce imię i spędzałam większość czasu w łazience na zabawie z nowym zwierzątkiem. Robiłam jej stateczki, czytałam książki, generalnie idylla. Nie pamiętam, co mówili mi rodzice, gdy karp pewnego dnia znikał, ale było to już naprawdę sporo lat temu. W każdym razie jakiejś traumy, że zjadamy w wigilię mojego przyjaciela, nie pamiętam. No i w końcu można sie było normalnie wykąpać w wannie, a nie pluskać w umywalce. Pewnego dnia jednak mi rodzice kupili poza karpiem inną rybę, jaką to nie ważne. Pożarliśmy wszysycy te kawałki, karp odpadł w przedbiegach, nie wytrzymał konfrontacji smaku. Być może ja nigdy nie jadłam dobrze przyrządzonego karpia, może się kiedyś załapię, ale na dzień dzisiejszy w wigilię na stole ląduje dorsz, sola, tilapia, albo chociażby mintaj. Pyszniutko.

No i na deser koniecznie – makówki. To też potrawa jednorazowa, nie robi się jej u mnie, ani u moich rodziców w żadnym innym okresie roku. A takim bardzo dawnym wspomnieniem z dzieciństwa jest u mnie widok mnie w piżamie, z potarganymi włoskami i bosymi stópkami, jak siedząc na podłodze, wyjadam makówki z wielkiej misy i to jest moje śniadanie w pierwszy dzień Świąt :D

Piszę tego posta w wieczór przedwigilijny i już nie mogę się doczekać tych pyszności, bo ja i jedzenie, to jakby pokrewne dusze. Aż ślinka cieknie. I aż się trochę boję, czy się znowu nie przejem i czy na wszystko starczy miejsca w brzuszku? I czy na schody nie trzeba mnie będzie wtaczać, jak kuleczkę?

A jakie pyszności, królują u Was na Święta?

Tyle wygrać…

Przy okazji oglądania bajki i poruszenia w niej tematu reinkarnacji Moje Dziecko zdobyło się na takie oto przemyślenia:

- Wiesz Mamo, jakbym się miała urodzić jeszcze raz, to chciałabym znowu być sobą i żyć sobie tak jak żyję, w naszym domku  i razem z Wami, żebyście się też urodzili znowu jako Mama i Tata, bo ja Was tak strasznie kocham…

Łał!!! Wzruszyłam się.

Gdyż-iż-ponieważ jesteśmy najlepszymi rodzicami na świecie !!!! Oraz wpadłam w samozachwyt. :D

I nic to, że mam nieposprzątane. Za to Dziecko nas kocha.

Znaczy, że plan uzależnienia emocjonalnego się sprawdza :D

Rozterki duchowe, czyli skleroza i wrodzone zakręcenie

Matka bardzo by chciała być dobrą matką, ale jej nie wychodzi.

Młoda miała zrobić w domu eksperyment z solą, słoikiem, i sznurkiem. Czaicie? Każdy robił. Eksperyment rozpoczęłyśmy w Dziczy, bo tam akurat byliśmy i oczywiście skleroza Matki mogła ujawnić się w pełnym zakresie – Matka spakowała do walizy wszystko, poza eksperymentem. Matka jest złaaaa. Eksperyment trzeba było powtórzyć w domu, ale żal po tamtym pierwszym pozostał.

Matka nie wie, co robi. Młoda już zapakowana do samochodu przypomniała sobie o tym, czego zapomniała do szkoły. Matka więc leci jak z pieprzem do domu, zostawia dziecko w aucie, bo przez te parę minut nic jej nie będzie, zresztą zaraz przyjdzie Tatuś, który schodzi do samochodu z poślizgiem czasowym. Matka jest jednak zakręcona, odruchowo klika w pilota. Auto wyje, Młoda w środku jest zniesmaczona, narażona na nieprzyjemne dźwięki, od których nie może uciec. Matka gapa, naraziła dziecko na stres.

Matka tym razem zapomniała przygotować do szkoły pluszowego misia. Dziecko jest smutne, prawie chlipie, idzie do szkoły szurając nogami, bo inne dzieci pewnie będą miały pluszaki, a ona nie. Matkę na ten widok już zaczyna boleć żołądek, bo jej żal Dziecka otulonego wszechogarniającym smutkiem i nic nie może zrobić, do pracy czas jechać, a z drugiej strony ten smutek i żal….

Tak wiem, że poza tym pamiętam o mnóstwie innych rzeczy, że Młoda nie chodzi głodna, brudna i potargana, że ma odrobione zadanie, pamiętam i organizuję całe mnóstwo rzeczy, a jednak taka głupotka, jak fakt, że miś został w domu potrafi u mnie spowodować rozstrój żołądka. Bo dla Młodej to nie jest głupotka tylko Bardzo Ważna Rzecz, a ja ją w jakimś tam sensie zawiodłam. I tak, tak, wiem, że przecież nie jestem sama od wszystkiego, nie ja jedyna mogłam tego Misia przygotować. Ale odzywa się we mnie Matka-Polka-Uciemiężona i stres w żołądku mnie przygniata. Psychika matki to jakaś głupia jest i niedorozwinięta.

Ale wiecie, tak na co dzień to jestem Najlepszą Matką Na Świecie ;)

Skojarzenia podstawą nauki słówek, czyli Bestia w odcinku 24

Się uparliśmy z Mężem. Okropnie. Młoda ma się nauczyć pływać i chodzić na lekcje angielskiego. Realizujemy konsekwentnie jedno i drugie, chociaż Nasze Dziecię czasami się buntowało. Aż nagle nauczyła się pływać i łaaaaał! Jakie to fajne. No jednak rodzice nie upierali się tak bezsensownie, co?

Na angielski, poza tym że jest jednym z przedmiotów w szkole, chodzi też dodatkowo. Założenie jest takie, że się szybciutko nauczy i będzie mogła zacząć chodzić z Mamusią na hiszpański. Bo ja bym strasznie się chciała nauczyć, a jakoś sama nie mam determinacji, to może Moje Dziecko mnie trochę podciągnie. Okropna jestem, co? Ale Młoda stwierdziła, że owszem, może się uczyć hiszpańskiego. Jest ok. Przy czym wyraziła zdumienie, że różnych języków jest więcej niż dwa!!! No proszę, a myślała, że tylko polski i angielski, bo przecież po co sobie tak niepotrzebnie komplikować komunikację światową i wymyślać różne języki? No po co?

Wracając do tematu – z nauką angielskiego, staramy się jej dużo pomagać. Rozumek ma prężny więc dużo zapamiętuje sama, ale powtarzamy razem – słówka, zasady gramatyczne, najlepiej w formie łamigłówek, układanek, albo pustych luk w zdaniach, które Młoda musi uzupełniać. Powtarzamy też w samochodzie, w trakcie porannego rozwożenia członków naszej rodzinki do pracy i szkoły. W samochodzie jednak trzęsie, bo mama rajdowiec, żadna dziura w asfalcie nie jest jej obca ;) łamigłówki na papierze odpadają, powtarzamy więc słówka.

Słówka są łatwe, są też oporne. Oporne ostatnio okazały się prysznic i lodówka. W takich wypadkach przeważnie staramy się podpowiedzieć Młodej jakieś skojarzenie, żeby miała łatwiej. Lodówka to zimno, jak się człowiek zamknie w lodówce, to aż mu zęby szczękają i robi z tego zimna frrrrrrr… Lodówka to fridge. Natomiast z prysznica leci woda, leci z góry i szumi, robi szszszszszszsz…. Prysznic to shower.

Młoda zapamiętała błyskawicznie. Przepytywaliśmy ją na zmianę, także z innych słówek, które jak się okazało, miała w małym palcu. Dotarliśmy do lodówki, Matylda myśli, cicho szepcze, że jest zimno, robi frrrrr… i krzyczy fridge! No super – skojarzenie się przyjęło. A jak jest prysznic? Dziecię wytęża mózgownicę, marszczy czółko, kombinuje i nic.. – Myszko, a co ta woda robi, jak wylatuje z prysznica? – pytam. Padła odpowiedź – CHLUP! :D

No tak, chlup z shower jakoś się nie kojarzy….

A dzisiaj Młoda pisze BIG-BIG-TEST więc trzymam za nią kciuki :)

Bestia się stara, a wychodzi jak zwykle – odcinek 23

Poniżej opisane sytuacje ewidentnie pokazują, że Moje Dziecko weszło w etap „dobra ściema nie zaszkodzi”. Ciekawe, kiedy do niej dotrze, że czasami jednak szkodzi, a do przymiotnika „dobra” to tym ściemom jeszcze wieeeeeeeeele brakuje. Chyba, że ona ma taką ogromną sklerozę ;)

I.

Młoda jadła coś, co wymagało doprawienia, pobiegła więc do kuchni po pieprz i sól. Po chwili pobiegła z powrotem, odłożyć akcesoria na miejsce, przy czym zatrzymała się przed półeczką, na której zawsze stoją i spojrzała z głębokim namysłem w dół. Pod półeczką bowiem stały michy Kota. W jednej akurat był świeży obiadek (patrz: gotowe żarcie z saszetki). Młoda bardzo intensywnie posoliła i popieprzyła jadło, po czym zadowolona wróciła do pokoju.

Całą sytuację zauważyłam kątem oka i chwilę potrzebowałam na przetrawienie tego, co zobaczyłam.

- Mysza – pytam się. – Co Ty przed chwilą zrobiłaś?

Widać te paniczne myśli tłukące się w czerepie Młodej, przyznać się, czy nie przyznać, a może lepiej nie, tak na wszelki wypadek, pamiętajmy – dobra ściema nie jest zła.

Oczy się robią wielkie jak spodki, że niby taka zdziwiona, to Matka łatwo łyknie, nad głową aureolka, brzdęk, się pojawia… – Niiiiiiic – odpowiada mrugając rzęsami, co ma podkreślić jej absolutną niewinność. – Mysza, no przecież widziałam, że posoliłaś i popieprzyłaś Kresce obiad. Po co to zrobiłaś? Przecież ja się nie czepiam, tylko się pytam dlaczego?

Dziecko zmienia taktykę – Bo ja chciałam, żeby jej lepiej smakowało! – ryczy, zalewając się łzami, nie dając sobie na spokojnie wytłumaczyć, że przyprawy to nie jest coś, co kot zjadać powinien. Ryczy, omdlewa, wala się bezwładnie po kanapie i podłodze – otchłań rozpaczy. To chyba po to, żeby zatrzeć złe wrażenie :)

II.

Mąż udał się do łazienki, otworzył klapę od kibelka i zakrzyknął: – Ojezusmaria!!!!! odskakując na bezpieczną odległość. Jak się już uspokoił, padło pytanie – Matyldo, co wyrzuciłaś do ubikacji. – Niiiiiic! – tak, właśnie tej odpowiedzi należało się spodziewać. Po krótkiej analizie faktów i małym przesłuchaniu okazało się, że potwór wynurzający się z kibelka to resztka hot-doga. Bo się Młodej wylała na niego woda, więc zamiast wyrzucić do kosza, wyrzuciła do ubikacji, bo tu woda, tam woda, to się jakoś konweniuje. Skończyło się rykiem rozpaczy, bo przecież chciała po sobie posprzątać, a tata zadaje niewygodne pytania.

Opowieść snuł mi wieczorem Mąż, bo ja akurat wtedy wylewałam z siebie siódme poty, dbając o swoją smukłą kibić i jędrne (hahahaha!) pośladki i w odkrywaniu potwora w kiblu nie brałam udziału. – I wiesz – opowiada Mąż, a ja się chichram – otwieram tę klapę, a tam COŚ się patrzy na mnie, bułka rozmokła i pływała taka rozdyźdana, a ze środka wystawała smętna resztka parówki. Zanim zrozumiałem, na co patrzę…

To takie chwile, w których zaczynasz wierzyć w te wszystkie urban legends o wężach wypływających z urządzeń sanitarnych :D Jakby Mój Mąż miał przy sobie jakiś kijaszek, to by pewnie zamordował tego hot-doga z zimną krwią :D

Czy ktoś w ogóle ma ładne zdjęcie w dowodzie?

Termin prawka mi się kończy, więc załatwiwszy sobie odpowiednie świstki u lekarza oraz po wypełnieniu odpowiednich świstków urzędowych, a także po uiszczeniu niemałego jak na kawałek plastiku, haraczu, pobiegłam do wydziału komunikacji, złożyć swe wielce uniżone zapytanie, kiedy dadzą mi nowy glejt. Otóż nie dadzą, bo mam zdjęcie nie takie. A bo od roku, albo dwóch lat są już nowe zdjęcia potrzebne – biometryczne. Łaaaał, żem pomyślała, że to nie wiadomo jakie dziwy, że one biometryczne, to może z jednej strony zdjęcie, z drugiej odcisk palca, albo jakieś ślady dna – to co? pluć mi każą? Łojezusicku, zmiany, zmiany.

Pobiegłam do fotografa, ze świeżo nałożonym makijażem, co by panowie policjanci na widok mojego prawka nie uciekali ze zgrozą w oczach. Włos mi się jedynie trochę rozwiał, bo padało, było mokro, moja fryzura z automatu przyjmuje kształt i konsystencję siana. Ale nic to, przyklepałam.

Pan fotograf pokazał zydelek, do przycupnięcia, powyginał mnie w przód, w bok i po skosie, bo niby twarz na wprost, ale ramiona bokiem, a w ogóle to mam się pochylić, nie, nie mogę się uśmiechać, włosy z uszu odgarnąć, oczy otworzyć, bo wyglądam jakbym miała zamknięte (noż kurna – zawsze tak wyglądam, zdjęcie ma być sztuczne, czy obrazujące rzeczywistość?), no to oczy wytrzeszczam, ustawiona w jakieś nienaturalnej pozycji, pół-stojąc, pół-siedząc, właściwie zlatując z zydelka na ryjek, bo byłam pochylona do przodu, usiłując przyjąć przyjemny wyraz twarzy. PSTRYK. Błysnęło po oczach, oczy przestały mi funkcjonować, a fotograf pokazuje mi na wyświetlaczu jak wyszło. Machnęłam tylko ręką, bo i tak nic nie widziałam.

Przy czym oczywiście żadnego pobierania śliny. Biometryczność zdjęcia polega na tym, że w rozmiarze 3,5 cm na 4,5 mieści się nie popiersie, lecz cała gęba. Taka nowoczesność.

Odebrałam zdjęcia i zarżałam w zduszonym śmiechu, co by nawet pasowało do tego końskiego wizerunku, który miałam przed sobą ;) Może to przez to, że cały format fotografii szczelnie wypełnia twarz, ale jakoś odniosłam wrażenie, że patrzę na zdjęcie policyjne osoby poszukiwanej. No pięknie, teraz przy każdej kontroli będą mnie sprawdzać w bazie danych, czy nic nie przeskrobałam, a może jestem poszukiwana żywa lub martwa. Włosy są innego koloru, twarz jakaś czerwona, oczy niby niebieskie, ale z odcieniem, to bym się kłóciła, wytrzeszcz potężny i ogólnie mina, jakbym była ciekawa, czy ktoś ma jakiś problem :D

Odkąd jestem mamą, przestałam się przejmować, czy ładnie wychodzę na zdjęciach, czy też nie, ważne że zdjęcia z Młodą są. Ogólnie w naturze nie wyglądam najgorzej. Mąż twierdzi, że jestem ładna, ale on jest zaślepiony przez miłość, więc jest nieobiektywny, nie ma się co opierać na jego opinii ;) Obcy ludzie w każdym razie nie spluwają na mój widok i nie czynią znaku krzyża, co w kategorii wyglądu zewnętrznego w zupełności mi wystarcza. Pierdzielić więc to, jak wyszłam na zdjęciu do prawka, które i tak będzie jeszcze mniejsze, pokryte jakimiś znakami wodnymi, a w ogóle raczej rzadko będzie wyciągane, bo mnie jakoś policja nieczęsto sprawdza. Ale okazuje się, że znajomym wokół też te zdjęcia 3,5 na 4 nie wychodzą zbyt ładne. Może to taki odgórny przykaz ustawowy? Albo ta biometryczność?

Od razu mi się przypomniał Russell Peters, jak opowiadał o swoich przygodach ze zdjęciem do paszportu. Kto nie zna, ten klika tutaj  albo, jak nie rozumie, to tutaj i się śmieje, bo nie ma co płakać nad brzydkim zdjęciem :D I specjalnie nie powiem, w którym miejscu mówi o zdjęciach, bo warto obejrzeć całość.