Ja to Ja

Musze sobie to powtarzać, bo czasami sama siebie nie poznaję :)
Wiele osób zaczyna pisać bloga pod wpływem jakiegoś impulsu. Ale dla mnie ten impuls to nie było przekroczenie magicznej "trzydziestki", ani urodzenie dziecka, ani zalegalizowanie ponad dziesięcioletniego związku... Nie, nie, nic z tych standardowych i pospolitych rzeczy :).
Tym impulsem był ból brzucha mojego męża ...
Zaciekawieni?

Osoby występujące:
Ja
- występująca w roli Matki, Żony i Kochanki w jednym, Córki oraz Synowej
Mąż - w końcu na legalu
Dziecko - Mały człowieczek płci tak zwanej pięknej, potrafiące wprowadzić nas jednocześnie w stan euforii, jak i załamania nerwowego.
Kreska - kotowaty członek stada

Przykre konsekwencje braku samochodu

Nasz dzielny Sid został odstawiony do mechanika. Na calutki dzień. Potrzebował chłopak wymiany oleju, filtrów, czyszczenia klimy, naprawy ręcznego i kilku pierdółek, które raz w roku mu się należą. Niech ma :D

W związku z powyższym musiałam wracać z pracy autobusem. Biurowiec, w którym pracuję znajduje się na tak zwanym zadupiu, gdzie wróble zawracają, co ma swoje plusy – cisza, spokój i bażanty majestatycznie przechadzające się pod oknami. Ma też swoje minusy – do przystanku jest ho, ho, hoooo, daleko. W ogóle do wszystkiego daleko, więc czekał mnie godzinny powrót do domu z przesiadkami.

Uzbrojona w bilet i pozytywne nastawienie, urwałam się parę minut z pracy, bo oczywiście wszystkie autobusy jadą kilka minut przed szesnastą, albo dwadzieścia po. Idę, co prawda, nie do końca przygotowana, bo w łapkach parasol (zapowiadali burze) oraz kurtka (rano było zimno, teraz już upał, no i te burze…), generalnie niepotrzebne graty nieporęcznie mi dyndają dookoła, no i jeszcze torebka, która waży 7 kg i nie wiem, co w niej mam, ale z pewnością nie wodę, a akurat mnie suszy od tego marszu i tego upału, ale nic to – idę dziarsko, bo co to dla mnie, buty na szczęście miałam wygodne….

Nagle, jakiś instynkt wewnętrzny każe mi się odwrócić – za mną w oddali majaczy sylwetka autobusu, przede mną w oddali majaczy sylwetka przystanku, co robić, co robić? Trzeba biec! Tak, jak moja babcia, co przyzwyczajona do dawnych „lepszych”, jak to niektórzy mówią czasów i jak widzi kolejkę, to najpierw trzeba w niej stanąć,  zająć sobie miejsce, a dopiero potem ewentualnie sprawdzać, za czym kolejka ta stoi. Taka pomroczność jasna na nią spada. Na mnie też spadła, okryła mnie całą i szeptała do uszka – biegnij, biegnij…

No więc biegnę. Autobus ma przewagę silnika spalinowego, ja mam tylko swoje biedne dwie nóżki, co muszą unieść resztę ciałka, torebkę, parasol i różne inne – nieprzydatne w bieganiu – bimboły. Biedne moje nóżki, ale nic to, pędzę dalej, bo autobus już mnie minął, a ja nadal do przystanku mam kawał. Nawet mi przez głowę przemknęło, że po cholerę ja tak biegnę, przecież za minutę przyjedzie następny autobus, a za kolejną minutę drugi i czy ja muszę tak biec z włosem rozwianym? Nie mogę tak po prostu z godnością i na spokojnie PÓJŚĆ na przystanek?

Otóż nie! Jakiś cholernie uparty instynkt rączej łani się we mnie odezwał i sadziłam te susy jak idiotka i biegłam i biegłam, chociaż już wiedziałam, że na ten autobus nie zdążę, biegłam dalej. I chyba jakieś siły wyższe postanowiły mi jednak pokazać, żem głupia, stawiając na mojej drodze maluśki kamyczek, który mimo rozmiaru, zachwiał mną w posadach i wywróciłam się koncertowo… (właściwie powinnam użyć bardziej dosadnego słowa, bo słowo „wywrócić się” jakoś nie obrazuje stosownie sytuacji)

Już później, siedząc w autobusie (w kolejnym oczywiście, ten pierwszy odjechał w siną dal, gdy podnosiłam swoje zwłoki z ziemi, zaledwie 50 metrów od przystanku), więc siedząc w tym autobusie, brudna i potargana, z trawą we włosach, chichrałam się okrutnie z własnej głupoty oraz z faktu, że to pewnie musiało zabawnie wyglądać. Wykonałam bowiem lot koszący, jakiś metr nad ziemią, ciało pięknie wyprostowane, rączki do przodu, nóżki do tyłu, parasolka i kurtka w różne świata strony, przerażenie w oczach, dziwne, że butów nie zgubiłam… Po locie wykonałam ślizg na klasycznego szczupaka i przejechałam kolejny metr po trawniku i żwirze. Gdybym sama stała obok, to zamiast pomóc samej sobie wstać, pewnie bym krztusiła się ze śmiechu.

Postanowiłam już więcej nie kusić losu, więc po przebyciu połowy trasy autobusem, nie w głowie mi było przesiadanie się. Poszłam do domu na piechotkę. Zaledwie półgodzinny spacerek.

Przeżyłam, nic sobie nie złamałam, ubrania przetrwały, brud i plamy dało się sprać, a rozczochrana jestem zawsze, więc nie było różnicy ;)

Na pamiątkę zostały mi siniaki, zadrapania i szramy, i stłuczona kość biodrowa. Pokazywałam wieczorem Młodej rany, które odniosłam, żeby jej nie było przykro, że tylko ona taka poobijana, co Moje Dziecko skwitowało kręcąc głową z niedowierzaniem – Mamo, ale z ciebie niezdara! Ale bolące miejsca zostały ojojane i pożałowane, więc bolą mniej…

Nie wiedziałam, że ta komunikacja miejska taka niebezpieczna ;)

Print Friendly

1 komentarz do Przykre konsekwencje braku samochodu

  • Oh, jak dobrze to znam… Czasami człowieka coś zmusza do biegu i krzyczy „run Forrest, ruuuun!”, choćby autobus był szybszy. Choćby i tysiąc autobusów miało przyjechać po nim. Mało tego: choćby nawet nie było przystanku!!!

Odpowiedz

  

  

  

Możesz użyć tych znaczników HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>